piątek, 3 listopada 2017

Cykl: Kot Bob- James Bowen


Sam nie wiem dlaczego, ale przyjęcie odpowiedzialności i podjęcie się opieki nad kocurem wyrwało mnie z odrętwienia. Czułem się, jakbym miał teraz nowy cel w życiu - mogłem zrobić coś dobrego nie dla siebie, lecz dla innej istoty.
~James Bowen, Kot Bob i ja.

Kot Bob i ja posiadam od  premiery filmu. Do niedawna stał grzecznie na parapecie, aż pewnego jesiennego dnia nabrałam ochotę na coś lekkiego. Pomyślałam: "A czemu by nie zapoznać się wreszcie z Bobem?" Zobaczcie co z tego wynikło :)

Cykl: Kot Bob  to biografia dwóch istot "na zakręcie", których losy splotły się w jeden. Pewnego dnia narkoman na odwyku zarabiający graniem na ulicy, James Bowen, spotyka na swej drodze nieco sponiewieranego, rudego kocura. Przygarnia go i od tej chwili jego życie zaczyna się zmieniać, on zaczyna się zmieniać. Brzmi to może trochę banalnie, ale z każdą stroną czuć jak historia urzeka swą lekkością i realnością.


Sięgając po Kota Boba... obawiałam się trochę, ze otrzymam łzawą, ckliwą, przekoloryzowaną historyjkę, więc z miejsca potraktowałam ją jako lekkie czytadełko. W tej chwili biję się w pierś, aż dudni, bo ogromnie się pomyliłam. Bardzo spodobało mi się, że James nie przedstawia tej historii  jako rachunku sumienia, ani próby zatuszowania swego dawnego życia, nie oczekuje także zrozumienia, ani wybaczenia. Po prostu mówi, a ja chcę go słuchać. Nie znajdziemy tu wielkich wynurzeń, głębokich emocji, filozoficznych przemyśleń egzystencjalnych, bo nie w tym rzecz. Siła tkwi w prostocie, a prawdziwe życie dalekie jest od wzniosłości i James doskonale o tym wie. Opowieść płynęła, a ja lubiłam patrzeć na Londyn z perspektywy ulicy, niosącej ze sobą zagrożenia jak i ciekawe spotkania, życzliwość i nieuzasadnioną wrogość. Patrzeć jego oczami i widzieć świat jaki często nieświadoma mijam, maszerując starówką.
Pierwszy tom zabrałam ze sobą na nockę i prawie cały przeczytałam. Z początku planowałam na spokojnie zabrać się za kolejne i traktować je jak przerywniki między innymi książkami, ale szybko zorientowałam się, że to były złudne plany. Wspaniała narracja i lekkość opowieści sprawiły, że z rozpędu sięgnęłam po kolejne tomy. Chłonęłam tak dobrze mi znane relacje między Bobem, a Jamesem. Sama jestem miłośniczką zwierząt i wiem, jak wyjątkowa potrafi być taka więź. Te małe codzienne zaczepki, ufny wzrok czy nawet sama świadomość, że ma się na głowie takiego łobuza sprawia, że świat nabiera barw i nawet w najbardziej parszywą pogodę zwyczajnie "chce się".

Cykl: Kot Bob to opowieść dla każdego miłośnika zwierząt, ale jednocześnie jest to niezwykle budująca biografia człowieka, który odbił się od dna i mozolnie wychodzi na prostą, nie zapominając o tym co w życiu najważniejsze. I choć zazwyczaj nie jestem zwolenniczką takich opowiastek, ta w swej prostocie i prawdziwości skradła moje serce. Po raz kolejny przekonałam się, że życie pisze najlepsze scenariusze i nie potrzeba ich dodatkowo ubarwiać :). Polecam z całego serca i daję 8/10.

Miłego wieczorku :)
ZaBOOKowana

sobota, 21 października 2017

Długi Kosmos- T. Pratchett, St. Baxter



Na Długi Kosmos natknęłam się zupełnie przypadkiem w księgarni. Było to dla mnie nie lada zaskoczenie, ponieważ umknęła mi informacja, że cykl docelowo składa się z pięciu części, a nie jak sądziłam z czterech. No cóż :) Przyszła pora by zakończyć swą przygodę na Długiej Ziemi. Jak ją wspominam? Zobaczcie sami :)

Minęło prawie sześćdziesiąt lat od kiedy Długa Ziemia stanęła przed ludzkością otworem. Joshua Valiente, dobiegający już siedemdziesiątki, pragnie znów wziąć urlop i wyruszyć w samotną podróż pasmem Długich Ziem. Czuje, że coś się zmieniło i wie, że mimo swego wieku pora ruszyć w drogę, być może ostatnią. W tym czasie na wszystkich Ziemiach słychać tajemniczą wiadomość: "Dołączcie do nas". Wołanie docierające nie tylko do ludzkich sond, ale także do wszystkich inteligentnych istot. Trolle grupują się, trawersery znikają, coś wisi w powietrzu. Po raz kolejny ludzkość musi się zjednoczyć by wspólnymi siłami odkryć prawdziwą istotę Długich Ziem. Długi Kosmos jest zwieńczeniem historii stworzonej przez dwóch wybitnych pisarzy: Stephena Baxtera i Terrego Pratchetta. Niestety tylko jeden z nich doczekał się jej wydania.

Po wartkim 3 i 4 tomie, które przeczytałam z zapartym tchem, rozpoczęcie Długiego Kosmosu odkładałam na później . Dość sceptycznie popatrywałam na pomysł ciągnięcia dalej fabuły, zwłaszcza po takim finale jaki zaserwowała mi 4 część. Nie potrafiłam zaufać autorom, choć do tej pory mnie nie zawiedli. Książka odleżała swoje bym w październiku wreszcie się z nią zmierzyła. Z początku fabuła rozwijała się powoli. Jakaś wiadomość docierająca do ziem, Joshua szykujący się do kolejnej wyprawy, Agnes żegnająca się z najbliższymi i Lobsang ukryty przed całym światem. Czułam tę specyficzną atmosferę zapadającą po bitwie. Wiszącą ciężko w powietrzu ciszę podczas, której liże się rany i szacuje się straty. Z czasem przyzwyczaiłam się do tego nastroju i z ciekawością podążałam wgłąb Długich Ziem za słynnym Joshuą Valiente. Zawsze lubiłam ten spokój bijący z milionów opustoszałych światów jednak tym razem dryfowałam zbyt długo. W tym przypadku spokoju miałam aż nadto, jednak atmosfera z każdą stroną stawała się gęstsza, a to w pewnym stopniu mnie pociągało. Czułam to co autorzy chcieli przekazać. Czułam, że zbliża się koniec, a także początek czegoś całkiem nowego. Era Długich Ziem dobiega końca, a przed ludzkością otworem staje kosmos i gdzieś tam inna cywilizacja. Wroga? Przyjazna? Kto wie... Dawni bohaterowie przysypani kurzem odchodzą w zapomnienie, a czas płynie nieubłaganie.

Długi Kosmos ma jedną, zadrę obok, której nie umiem przejść obojętnie. W trakcie czytania cyklu rozumiałam dlaczego relacja Joshuy z synem Danem (później Rodem) jest dość chłodna. Ciągłe podróże, rozwód i różnice poglądowe sprawiły iż z początku 5 tomu Rod jest do ojca nie tylko mocno zdystansowany, ale czuć, że chowa urazę. Widać to dokładnie podczas pożegnania i rozmowy o kolejnej wyprawie Joshuy. Natomiast zaledwie parę miesięcy później Przy kolejnym spotkaniu brak jakichkolwiek śladów po waśni. Wszystko jak ręką odjął, odeszło w zapomnienie, zastąpione nieśmiałą akceptacją i początkami zrozumienia. Niby wszystko wygląda ok, więc dlaczego mnie tak to kole w oczy? A może się czepiam? Hmm... po prostu nie mogę uwierzyć, że wieloletnie konflikty i urazy, tak po prostu znikają. Myślę, że tu autorzy trochę podeszli zbyt optymistycznie do sprawy ;)

Według mnie cykl Długa Ziemia jest ciekawym spojrzeniem na istotę ludzkości i jej miejsca we wszechświecie. Nie jest tylko snującą się opowieścią, ale skłania czytelnika do zastanowienia się nad reakcjami ludzkimi na wielkie zmiany jakimi jesteśmy wciąż poddawani. Z czystym sumieniem polecam ten cykl wszystkim fanom s-f, ale także wszystkim tym, którzy chcieliby poznać nietuzinkową historię. Cały cykl oceniam na 7/10 jednak ostatni tom trochę odstaje od reszty i dam mu solidne 6,5/10. 

Spokojnej soboty :)
ZaBOOKowana

czwartek, 5 października 2017

Cykl Kuzynki Kruszewskie- A. Pilipiuk



Cykl Kuzynki Kruszewskie upolowałam w lipcu w bibliotece. Aż wstyd się przyznać, ale przeleżały swoje na biurku, by wreszcie we wrześniu zawładnąć moją głową na dobre :)

Tym razem mistrz grafomańskiej fantastyki, geniusz recyklingu pomysłów i niezwykła osobowość wśród polskich fantastów- Andrzej Pilipiuk, zaserwował opowieść o kamieniu filozoficznym, alchemiku Sędziwoju i trzech dziarskich dziewczynach. Akcja dzieje się w Krakowie. Tam splatają się drogi nowoczesnej, skomputeryzowanej agentki CBŚ-Katarzyny, jej czeterystuletniej kuzynki Stanisławy oraz nastoletniej wampirzycy Moniki pochodzącej z ...okresu Bizancjum. Atmosfera się zagęszcza, gdy dziewczyny zaczynają być ścigane, a stawką staje się przedłużająca życie oraz zamieniająca ołów w złoto czerwona tynktura. Cykl składa się z 4 tomów, z których każdy jest samodzielną, następującą po sobie, pełną wartkiej fabuły opowieścią. W miarę czytania zauważyłam pewną zmianę stylu w 4 tomie wynikającą zapewne z rozwoju pisarza i dużej przerwy między wydaniem 3 i 4 tomu. Wyczułam różnicę, ale trudno mi powiedzieć czy na gorsze, czy na lepsze. Wiem jednak, że ostatnie opowiadanie pt. Czarne Skrzypce oddało kunszt autora. Moim zdaniem było niczym wisienka na torcie i nadal pozostaję pod jego ogromnym wrażeniem.

Gdy udało mi się wreszcie wyłuskać trochę czasu i zasiadłam do Kuzynek, przepadłam. Z początku trudno mi było umiejscowić fabułę w czasie. Teraźniejszość? Przeszłość? Hmm... Lecz po kilku stronach zorientowałam się co (i kiedy) jest grane, stanęłam twardo na nogach, odziałam wygodną kurtkę i ruszyłam do akcji, bo akcji tu jest co nie miara i to przy każdym zaułku. Główne bohaterki to silne kobiety, które nie dadzą sobie w kaszę dmuchać, a tym bardziej interesować się bezkarnie ich grupą. Świst szabelki, silny kopniak wojskowym buciorem czy widok legitymacji CBŚ zmiękczały niejedne kolana i nakłaniały delikwentów do zwierzeń. Pokochałam te kobietki, ich spryt i energię, która z każdą chwilą rosła też we mnie. Ale akcja to nie wszystko. Piękne opisy krakowskich uliczek, podziemi i zamkniętej w nich historii uwodziły mnie. Oczarowywał obraz dworku, intrygowały legendy żydowskie, ukraińskie, zachwycała wizja zasypanych poniemieckich laboratoriów i bunkrów. Andrzej Pilipiuk jest jedynym autorem, z którego twórczości chłonę całą sobą wiedzę historyczną. Potrafi ukazać ją tak, że nawet ja słucham z zachwytem, jak małe dziecko. Pragnę to ujrzeć na własne oczy, odkryć po swojemu, na nowo...
Zanim zabrałam się za Kuzynki Kruszewskie spodziewałam się czegoś na kształt Oka Jelenia lub opowieści z cyklu Niejakubowego. Czegoś poważniejszego, naszpikowanego historią i miejskimi legendami. Prawie zgadłam. Prawie, bo autor dorzucił od siebie jeszcze garść swoistego humoru, który moim zdaniem wydobył z opowieści właściwy smak i lekkość. Zamówiłam zwykłe danie, ale po raz kolejny szef kuchni wiedział jak je dla mnie doprawić by zmieniło się w ucztę. Właśnie za to i niezwykły dystans do siebie kocham twórczość Andrzeja Pilipiuka. Wiem, że wszystko co zaserwuje trafi w mój gust na 100%.  Czy to humorystyczny cykl o Jakubie Wędrowyczu, powieści czy opowiadania. Biorę wszystko! :)

Macie ochotę na lekką, wartką opowieść, pełną zwrotów, przekrętów i piruetów akcji? Macie ochotę poznać Kraków z lekko innej strony, iść do karczmy z bandą sarmatów, czy poznać tajemnicę kamienia filozoficznego? Czemu nie! Szaruga jesienna, aż się prosi by poczuć zew przygody. Zapraszam więc do skonsumowania Kuzynek Kruszewskich. Obiecuję, że nie zawiedziecie się :) Ja oceniam ten cykl na mocne 8/10 i już niecierpliwie zacieram ręce na październikowe pilipiukowe premiery i wznowienia (a mój portfel wije się w agonii). ;)

Słonecznego dnia
ZaBOOKowana ;)


poniedziałek, 2 października 2017

Szamanka od Umarlaków, Demon Luster- Martyna Raduchowska


"Ona jest niezniszczalna. Wrzucisz taką do wulkanu, to ci pamiątki przyniesie."
~Martyna Raduchowska - "Demon Luster"

Wznowienie Szamanki od Umarlaków obiło się głośnym echem wśród czytelników. Piękna okładka i premiera w okolicy moich urodzin przesądziły sprawę i nie wiadomo kiedy książka znalazła się w walizce i przywędrowała ze mną z południa Polski.

Ida, pochodząca z arystokratycznej, magicznej rodziny marzy o zwyczajnym życiu, studiach i spokoju świętym. Jednak ciężko zaznać tego spokoju, gdy na co dzień widzi się martwych ludzi, którzy zamiast leżeć, gdzie ich miejsce, przychodzą i zawracają gitarę. Ucieczka z domu na wymarzoną uczelnię sprawia tylko, że wszystko się komplikuje. Dziewczyna nie tylko przyciąga duchy jak magnez, ale też nawiązuje więź z wciąż umierającą w płomieniach wrzeszczącą harpią, która ani myśli się odczepić. Otóż Ida jest medium, a nawet coś więcej, jest szamanką od umarlaków... i ma wielkiego pecha. A może to Pech ma Idę? Cykl Szamanka od Umarlaków jest zabawną, lekką opowieścią z gatunku urban fantasy, z wartką akcją i barwnymi postaciami. Książka w sam raz na jesienne wieczory.

Po Szamankę od Umarlaków sięgnęłam by się trochę rozluźnić, a skoro sama Marta Kisiel polecała, więc czemu nie? Ida z miejsca przypadła mi do gustu. Młoda, niepokorna, twardo stąpająca po ziemi, zapatrzona na własny cel-normalność. Postać barwna, niepokorna, energiczna i... pechowa. Czego chcieć więcej? No może martwej acz żywej, zmanierowanej, surowej ciotki? Do zestawu warto byłoby wrzucić jeszcze brygadę szybkiego reagowania i zwariowanego zwierzaka. Czemu nie? To wszystko wstrząśnięte i zmieszane, podane w świetnej nowoczesnej oprawie sprawiło, że nie mogłam się oderwać. Czytało mi się szybko, bardzo lekko i zanim się obejrzałam pierwszy tom śmiał się skończyć. Ale jak to?! Na szybko, po nocce w pracy, biegłam do biblioteki i niecierpliwie wtopiłam się w kolejną część. Nie dopuszczałam do siebie możliwości, że mogę nie wiedzieć jak to się skończy. Demon Luster utrzymuje poziom pierwszego tomu. Na początku miałam odczucie, że jest nawet lepszy, ale końcówka zrównuje ocenę.

Cykl Szamanka od Umarlaków nie jest fantastyką najwyższych lotów. Jednaj jest to opowieść kompletna, ciekawa, przyjemna i humorystyczna. Historia w sam raz na jesienne, deszczowe dni, które aż proszą się o książki lekkie, śmieszne i niewymagające. Dokładnie tego oczekiwałam, a widok prof. Miodka popełniającego sepuku słownikiem w mojej wyobraźni będzie tkwił jeszcze dłuuuugo ;) Polecam i daję 6/10.

Miłego wieczorku
ZaBOOKowana




niedziela, 1 października 2017

Bo Toruń to nie tylko stary piernik!- Krótka relacja z Coperniconu 2017.



Toruń- miasto słynące z piernika i Kopernika po raz kolejny nabrało barw i stało się miastem z innej bajki, a to za sprawą niezwykłego Festiwalu Fantastyki- Copernicon. Kto wie kogo można tam spotkać za rogiem? Rewolwerowca? Wiedźmę? Elfa? A może samego  Lorda Vadera? ;)A ja tam byłam, piwo i kawę piłam, a teraz w paru słowach opowiem cóż za cuda i dziwy zobaczyłam :)

Z walizą pełną kosmetyków, gadżetów i innych ustrojstw świetnie wkomponowanych w ducha fantastyki oraz stertą książek czekających na podpisy swych autorów (bo jak śmiałabym się nazywać "ksiązkolubem" gdybym nie jechała tam spotkać się z autorami ;) targałam się, wraz z moim dzielnym, jeszcze bardziej objuczonym Lubym (dziękuję!) w piątkowe południe zmierzając ku akredytacji. Poszło sprawnie i parę minut później w pełni skupiona wyszukiwałam interesujących prelekcji. Później czekało nas tylko dostosowanie się do norm konwentowych, czyli przebieranki i malowanki i tak przygotowani mogliśmy wtopić się w tłum, szukając znajomych twarzy.

Z wszystkich konwentów najbardziej lubię Copernicon. Dlaczego? Bo jest dość mały i jest blisko. W tym roku odnotowano ok. 3700 osób, co jest sporym wyczynem, lecz w porównaniu z Pyrkonem, Toruń niknie. Moim zdaniem to ogromny plus. Uczestnicy mieli większe prawdopodobieństwo dostania się na wypatrzone prelekcje, LARPy, RPG czy wiele innych miejsc. 3 Sleep Roomy spokojnie wystarczały by przenocować uczestników, a całodobowy Games Room czynił im solidną konkurencję. Łatwiej było także spotkać ulubionych autorów, twórców, a targi nie przytłaczały ilością i ściskiem. Sama organizacja może nie jest dopięta na ostatni guzik, ale w moim odczuciu zdała rezultat. Umiejscowienie- BOMBA! Niewielkie odległości między budynkami, adaptacja całych kompleksów uczelnianych znacznie ułatwiała poruszanie się wg własnych planów. Dodatkowo dołączona do informatora prosta mapka świetnie zapobiegała gubieniu się. Sam widok cosplayerów wypełniających starówkę pobudzał ją do życia, wywoływał duże zainteresowanie i stwarzał miłą, pełną dobrej energii atmosferę.



Tegoroczny program był mocno rozbudowany. Miałam w czym wybierać, a chwilami wręcz chciałabym się rozdwoić lub nawet rozpięciornić. Już w piątek udało mi się trafić na intrygującą, świetnie przeprowadzoną prelekcję Macieja Lewandowskiego: " Cienie Nowego Orleanu: Voodoo, niewolnictwo i woda z czosnkiem". W sobotę za to spotkałam się z tegorocznym laureatem nagrody im Zajdla- Krzysztofem Piskorskim oraz z uwielbianym przeze mnie mistrzem grafomańskiej fantastyki, twórcą legendarnego i niezwyciężonego Jakuba Wędrowycza- Andrzejem Pilipiukiem. Miałam okazję stworzyć z Martyną Raduchowsą ( autorką "Szamanki od umarlaków") profile morderców i kosztować tortu urodzinowego z Anetą Jadowską. Śmiało mogę powiedzieć, że działo się dużo, a jednego czego brakowało permanentnie to czasu na sen. W tym szalonym biegu trudno mi określić kiedy konwent dobiegł końca. Wydaje się, że nagle w niedzielę po 15:00 Toruń opustoszał. Zrobiło się cicho, pusto i szaro, a gdzieś we mnie obudziła się tęsknota za kolejnym weekendem wśród ludzi tak pozytywnie zakręconych.



Jeśli miałabym się czegoś przyczepić to tylko drobnostek. Najbardziej irytował mnie format "Programu i mapy"- za duży i nieporęczny. Brakowało mi prelekcji po 22:00, to był taki czas gdy się chciało czegoś jeszcze posłuchać, gdzieś pójść, ale niekoniecznie do pubu ;). Trochę przeszkadzało mi jeszcze umiejscowienie Targów, do tej pory mieściły się w Centrum Sztuki Współczesnej czyli blisko całego kompleksu konwentowego, a w tym roku zostały przeniesione na Rynek Nowomiejski oddalony od głównych budynków. To sprawiało, że było mi tam trochę "nie po drodze".

Podsumowując. Jeśli lubicie książki, gry, anime czy mangi, w tematyce fantasy, jeśli jesteście po ciemne lub jasnej stronie mocy, jeśli chcecie złapać ogromną dawkę pozytywnej energii? Zapraszam! Copernicon jest dla Was! A mogę obiecać, że jak raz przyjedziecie to będziecie wracać co rok. To uzależnia ;)

Chciałabym bardzo podziękować całemu Stowarzyszeniu Miłośników Gier i Fantastyki Thorn za kolejny wspaniały konwent, dobrą organizację i świetną zabawę. Jesteście wspaniali! Dzięki wam naładowałam z nawiązką wewnętrzne akumulatory, poczułam się młodsza o parę lat i przywiozłam ze sobą masę wyjątkowych wspomnień, interesujących wiadomości i trochę kataru (taki mały efekt uboczny) ;)

Do zobaczenia za rok :) !

piątek, 15 września 2017

Widnokrąg- W. Myśliwski




"(...) bo najciężej jest ruszyć. Nie dojść, ale ruszyć. Dać ten pierwszy krok. Bo ten pierwszy krok nie jest krokiem nóg, lecz serca. To serce najpierw rusza, a dopiero nogi za nim zaczynają iść. A na to nie tylko trzeba siły, ale i przeznaczenia, żeby przemóc serce i powiedzieć, to ruszam."
~ W. Myśliwski, Widnokrąg 


Długo zastanawiałam się co też będzie mi towarzyszyć na urlopie. Chciałam znów się zachwycić, zachłysnąć opowieścią samą w sobie, poczuć znów czym jest naprawdę literatura piękna. Wybrałam Widnokrąg, a może to on wybrał mnie?

Widnokrąg to książka Wiesława Myśliwskiego wydana w 1996 roku. Rok później za tę powieść autor otrzymał swoją pierwszą Literacką Nagrodę Nike. Powieść przedstawia obraz wsi w okresie wojennym i powojennym widziany przez pryzmat niechronologicznych wspomnień. Główny bohater- Piotr, chwilami chłopiec, młodzieniec, dojrzały mężczyzna w pozornie chaotyczny sposób snuje opowieść o czasie, dojrzewaniu, pamięci i przemijaniu. Opowieść pełną żywych, barwnych postaci wujów, ciotek, dziadków, rodziców, obserwowanych z perspektywy wieku bohatera. Fabuła nie porywa wartkim strumieniem, lecz dryfuje i zachęca by poddać się jej nurtowi. Czaruje delikatnym szumem, urokliwymi obrazami i skłania do głębokich rozważań. Widnokrąg jest również bardzo osobistą i w pewnym stopniu autobiograficzną opowieścią autora.

Nie jest łatwo podjąć się recenzji Widnokręgu. Cały czas obawiam się, że nie potrafię ująć w słowa wrażeń, które kłębią się w mojej głowie. Dlaczego? Bo są to głównie emocje, odczucia, skojarzenia, a nie sztywne fabularne tory. Wybaczcie mi zatem, lecz tak wyjątkowe dzieło, wymaga z mojej strony niestandardowej opinii ;) 

Już od pierwszych stron czułam, że Widnokrąg jest niezwykłą powieścią. Narracja trochę przypomina mi rzekę. Szeroką, spokojną, której nurt prowadzi nas dalej i dalej, a ja-czytelnik poddaję się jej i pozwalam prowadzić. Rozglądam się, patrzę w przód, w tył, na boki, chłonę widok i pozwalam moim myślom płynąć wolno, lecz nie leniwie. Rozważam, zastanawiam się, myślę... Czuję się jak dawniej, gdy miałam niewiele lat i siadałam u stóp dziadka słuchając jego opowieści całą sobą. Teraz również zamykałam oczy pozwalając mojej wyobraźni budować obraz dawnej wsi. Gdy wtopiłam się już w klimat, pozwoliłam się zaprowadzić narratorowi do jego rodzinnego domu, pełnego wujków, stryjenek, dziadków. Przysiadłam w kącie i obserwowałam sprzeczki, dyskusje i krzątaninę. Zwykła codzienność, lecz tak wyjątkowa w swej prostocie. Przygotowywanie posiłków, niedzielne zwyczaje, nawet zwykła sprzeczka o lisa przykuwały moją uwagę i urzekały. Byłam świadkiem wydarzeń większych i tych mniejszych, towarzyszyłam Piotrusiowi podczas wypasania krów oraz przesiedlania Żydów, obserwowałam powolny proces żegnania się z ojcem, przemiany społeczne i pomoc sąsiedzką. Czasem miałam wrażenie, że patrzę na zupełnie inny, zapomniany świat. 

W Widnokręgu najbardziej urzeka mnie język. Prosty, gawędziarski styl dodaje autentyczności obrazom dawnej polskiej wsi. Upiększa prostotę myślenia, uwydatnia chłopskie mądrości wpisując je w kanon uniwersalnych prawd i praw o świecie i ludzkiej egzystencji. Jednocześnie nadaje powieści lekkości. Brak chronologii nie przeszkadza, a wręcz dzięki temu wszystkie historie łączą się płynnie przechodząc jedna w drugą. Plącząc się, snując, jak dym papierosowy, wspomnienia tak ulotne, stłumione czasem, jednak nadal zawierające spore zasoby emocji. Nie są to jednak emocje żywe, gwałtowne, a raczej przykurzone, zdystansowane. Emocje nie chwilowe, obecne, lecz te przeżyte, przetrawione i trwałe. Te osiadające na dnie serca, które poruszają wewnętrzne struny ludzkiej duszy.

Widnokrąg jest książką, którą się czuje, nie czyta. Chcąc, czy nie czytelnik poddaje się jej spokojnemu nurtowi i płynie, otwierając się na odbiór emocji i wrażeń. Jest to moja druga pozycja Wiesława Myśliwskiego i myślę, że nie ostatnia. Jeśli chcecie zapoznać się z dziełem (a nie boję się użyć tego słowa), które jest kwintesencją pojęcia "literatura piękna", to się nie zawiedziecie. Polecam z całego serca i daję 10/10.

Miłego dnia
ZaBOOKowana



wtorek, 5 września 2017

Wczesne lata- J. Flanagan



Wybaczcie mi moją długą, niespełna miesięczną nieobecność. Z początku praca, a później urlop  pochłonął mnie bez reszty. Mimo to starałam się nie próżnować :). W ferworze pakowania, w komunikacji miejskiej, a nawet na nockach w pracy, wszędzie towarzyszyli mi Zwiadowcy. Ostatnią stronę przerzuciłam siedząc w kurtce i traperach na kanapie, jakieś 5 min przed wyruszeniem w moje ukochane Tatry. Tak bardzo chciałam Wam opowiedzieć o wrażeniach jakie na mnie zrobiły Wczesne Lata, ale brak komputera pod łapką skutecznie mi to uniemożliwił. No cóż, recenzja czekała cierpliwie aż do dziś i myślę, że nabrała przez to smaczku ;)

Wczesne Lata to prequel znanego Wam już cyklu Zwiadowcy Johna Flanagana, składa się z dwóch ściśle ze sobą związanych tomów. Pierwszy tom- Turniej w Gorlanie opowiada o jednoczeniu przetrzebionych szeregów zwiadowców i demaskowaniu niecnych planów Morgaratha. Drugi- Bitwa na Wrzosowiskach przedstawia największe starcie z Morgarathem i jego armią. Wszystko ubrane w lekki, wartki styl sprawia, że strony biegną nieubłagane. Uważam, że warto zostawić sobie Wczesne Lata na koniec i przeczytać dopiero po zakończeniu głównego cyklu.

Powrót do świata Zwiadowców wywołał przyjemne ciepło w moim wnętrzu. Poczułam się jakbym po długim czasie wróciła w ulubione miejsce. Przywitałam się z Haltem, Crowley'em, zerknęłam w znane kąty, pogłaskałam Abelarda po chrapach i nawet nie wiedząc kiedy, byłam gotowa ruszyć w drogę. Nawet nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo zatęskniłam za tym przekomarzaniem się przy ognisku, spaniem pod gołym niebem i kryciem się w zaroślach. Oj jak przyjemnie było do tego wrócić :) Niesiona tą lekką narracją, doprawioną humorem i wartką akcją, pozwoliłam by moja wyobraźnia rozwinęła skrzydła.

Z początku obawiałam się, że wielokrotnie wspominana i opisywana w głównym cyklu Bitwa na Wrzosowiskach będzie trochę odgrzewaniem kotleta, że znów będę czytać jak to Halt oberwał i obronił go dzielny strażnik. Tę historię już znamy bardzo dobrze z głównego cyklu. Na szczęście w Wczesnych Latach jest to tylko dodatek do głównej fabuły, a autor skupia się na samej bitwie i jej otoczce taktyczno-politycznej. Jak dla mnie? Bomba! Tylko szkoda, że po raz kolejny przyszło mi się żegnać z Araluenem... Hmm... A jeśli czas pozwoli to jeszcze tu wrócę :).

Jeśli znacie już główny cykl Zwiadowców, nie będziecie rozczarowani chwytając za Wczesne Lata. Jeśli zastanawiacie się czy zacząć, nie wahajcie się. Jeśli macie ochotę na coś lekkiego, przyjemnego, a jednocześnie niesamowicie wciągającego, jest to pozycja w sam raz dla Was! Opowieść stworzona dla młodszej młodzieży i rozchwytywana przez dorosłych. Oba te wspaniałe tomy oceniam na 8/10 i z całego serca polecam :)

Miłego dnia
ZaBOOKowana :)