wtorek, 23 maja 2017

Zwilczona- A. Trzepota


Jakiś czas temu w gazecie natrafiłam na fragment opinii na temat Zwilczonej- A. Trzepoty. Zwykle zbywam takie wzmianki, ale tym razem moją uwagę przykuła "mazurska magia" oraz fakt, że książka nawiązuje do niesamowitej Biegnącej z Wilkami. To przesądziło i zaczęłam polowanie. Gdy tylko trafiła w moje ręce, niecierpliwie oczekiwałam chwili by się w nią zagłębić. Czy było warto?

Jaśmina, młoda mama, nauczycielka, mieszkająca w małej, malowniczo położonej, mazurskiej wiosce. Życie płynie spokojnie, właśnie zaczęły się wakacje. Wydaje się, że wszystko jest na swoim miejscu. Pewnego dnia świat staje na głowie. Odbiera telefon od zrozpaczonej przyjaciółki, która odkrywa, że jest zdradzana, a mąż łamie nogę w wypadku motocyklowym. Wkrótce sprawy komplikują się jeszcze bardziej. W tym wirze kobieta odnajduje swoją drogę dzięki świeżo rozbudzonej intuicji. Zwilczona to proza życia otoczona pachnącym zielem, trzaskiem płomieni i tajemnicą.


Przyznam, że dość długo zabierałam się do napisania tej recenzji. Podchodziłam do książki jak pies do jeża, trochę z przodu, trochę z boku i nie bardzo wiedziałam jak to ugryźć. Gdy zaczynałam czytać oczekiwałam rodzimej opowieści o przebudzeniu kobiecej intuicji, o budowaniu wewnętrznej siły i harmonii. Tego nauczyłam się czytając Biegnącą z Wilkami i tym Clarissa Pinkola Estes mnie urzekła. Dodatkowo Zwilczona kusiła mnie mazurską magią. Chciałam więc zanurzyć się w tajemnych recepturach, wierzeniach, musnąć tej magii całą sobą. Jednak moje oczekiwania całkowicie rozminęły się z tym co otrzymałam. Jestem trochę rozczarowana i zawiedziona. W moim odczuciu książka składa się z 2 równoległych opowieści. Jednej metafizycznej, magicznej i urokliwej, której oczekiwałam. Oraz drugiej, będącej zwyczajną szablonową, polska obyczajówką, która doprowadzała mnie do pasji. Obie trochę nieudolnie sklejone w jedną, lekko krzywą historię. Samej magii było "co kot napłakał", a czar mazurskich krain został skutecznie uduszony przez rozterki głównej bohaterki. Brakowało mi rozwinięcia tematu babki, tajemniczej księgi, a sam tarot został potraktowany po macoszemu. Taki potencjał, a pozostał niewykorzystany. Szukałam w tym wszystkim także Wilczycy, którą przedstawiła mi Estes, jednak zamiast zharmonizowanej, pięknej, silnej i dumnej istoty, dostałam miotające się, przestraszone zwierzę. Regularnie w mojej głowie odzywał się głos:"To nie tak! Przecież nie o to chodzi!". Miałam wrażenie, że autorka zachłysnęła się tematem i trochę ją to przerosło. Wtłaczając archetyp dzikiej kobiety w szablonowa obyczajówkę sprawiła, że całość stała się płytka i straciła na znaczeniu. Sama główna bohaterka z początku nawet przypadła mi do gustu, lubiłam obserwować ją i jej otoczenie. Jednak z czasem stała się irytująca. Jej wybory, zadurzenie w kimś kto od pierwszego zdania sprawił, że moja intuicja krzyczała "Uciekaj!", te bitwy z myślami, te emocje jak chorągiewka. No i gdzie w tym odnajdywanie siebie? Wciśnięte pomiędzy jedną ckliwą wiadomość, a kłótnię z mężem, spłaszczone do granic możliwości. Nie! Zdecydowanie to nie moja bajka.

Jedno muszę oddać. W Zwilczonej znaleźć można wiele ciekawych i mądrych fragmentów. Nauczyła mnie również do czego używać rozmarynu oraz lebiodki, ale czemu tylko tyle? Z wielka chęcią poznałabym więcej tajników zielarskich, ale chyba będę musiała poszukać gdzieś indziej.

Gdy zaczynałam pisać ten post, nie miałam jeszcze wyklarowanej opinii na temat książki. Mimo to postanowiłam zasiąść i pozwolić sobie na podążanie za intuicja. W miarę jak przybywają słowa, widzę, że mieści się tu wszystko to co mam w głowie. Więc skąd niepewność? Nie wiem.

Czas wyciągać wnioski. Moim zdaniem idealnym podsumowaniem Zwilczonej jest określenie, które przeczytałam kiedyś w pewnej grupie dyskusyjnej: "Jest to książka dla smutnych kobiet." Wierzę, że ma ona swój potencjał i może skłaniać do refleksji, ja jednak nie odnalazłam tego. Oczekiwałam gór i dolin, dostałam hektar stepu. Oczekiwałam emocji i głębi, a jedyną emocją jaka towarzyszyła mi było rozdrażnienie (o głębi nie było mowy). Tylko czy przemawia przeze mnie rozczarowanie, a może problem leży gdzieś indziej? Daję 4/10 i już wiem że nie sięgnę po kolejną cześć.

Miłego popołudnia
ZaBOOKowana :)

wtorek, 16 maja 2017

Charlie- St. Chbowsky







"Z tego wniosek, że jesteśmy tacy, jacy jesteśmy z wielu powodów. Być może nigdy nie odkryjemy większosci z nich. Ale nawet jesli nie mamy wpływu na to, skąd pochodzimy, do nas należy wybór, w którą pójdziemy stronę." 
 ~Stephen Chbowsky, Charlie


Nie lubię naginać zasad, ale czasem trzeba być elastycznym. Przed chwilą skończyłam czytać Charliego i muszę, po prostu muszę Wam o nim opowiedzieć :) Nie tak dawno, przy rozmowach na temat Buszującego w Zbożu, pewna niezwykła istotka- Ela, zwróciła moją uwagę na książkę Stephena Chbosky- Charlie (DZIĘKUJĘ!!!). Na pierwszy rzut oka tomik dość niepozorny, ale intuicja mówiła: Bierz! No to wzięłam ;)

Tytułowy Charlie różni się od rówieśników. Jest samotnikiem, typem bacznego obserwatora, niezwykle spostrzegawczy, wrażliwy, wycofany i nieśmiały. Przed sobą ma stresujący pierwszy rok w nowej szkole, a za sobą... pierwsze załamania nerwowe. Pewnego dnia poznaje Sam i Patricka, dwoje uczniów, którzy wprowadzają Charliego w świat seksu, narkotyków i alkoholu, w którym chłopiec poznaje czym jest akceptacja, tolerancja i prawdziwa miłość. Książka jest napisana w formie terapeutycznych listów do nieznajomego, co nadaje jej lekkości i swoistego klimatu.

Z początku myślałam, że intuicja wystrychnęła mnie na dudka, a spotkanie z Charliem okaże się płowe i bezbarwne. Chłopiec wydawał się niedojrzały, trochę zbyt rzewny, zbyt ckliwy. Musiałam sporo się natrudzić by wbić sobie do głowy ten jakże odmienny od rzeczywistości obraz nastolatka. Coś mi zgrzytało, nie działało jak powinno. Z czasem i bardzo pomału wtapiałam się w fabułę, poznawałam kolejne fakty by w mniej więcej w połowie książki polubić bohaterów. Lubiłam siadać w kącie i obserwować ich zmagania z rzeczywistością, dorastaniem i problemami dorosłych. Urzekł mnie klimat jaki panował w grupie. Wzajemna otwartość, akceptacja, tolerancja, zrozumienie i wyznaczanie granic, tak bardzo dojrzałe i dorosłe, ale jednocześnie okraszone młodzieńczą odwagą, witalnością, lekkomyślnością i humorem. Mieszanka wręcz elektryzująca oraz inspirująca. Nie mogłam oderwać wzroku od tych młodych-dorosłych. Czasem przystawałam na chwilę by się zastanowić, czasem pochłaniałam stronę za stroną.
Bardzo mi się podobała forma listów i nagłówek: "Drogi Przyjacielu!". Sprawiał on, że czułam się bezpośrednim odbiorcą listu, powiernikiem... przyjacielem. Dystans w sekundzie skracał się do minimum, a ja niemal jak duch uczestniczyłam w każdym spotkaniu, historii czy opowieści. Mimowolnie angażowałam się w relacje trojga przyjaciół by pod koniec zacząć przeżywać naprawdę. Książkę skończyłam jakąś godzinę temu, odłożyłam na półkę, ale emocje zostały. Ciężką kluchą zagnieździły się wewnątrz mojej klatki piersiowej i nie chcą odpuścić. Co czuję? Hmm... Rozczarowanie światem, lekki bunt, smutek i trochę goryczy, ale wiem, że w tym kłębowisku rośnie siła. Siła człowieka, który powstaje, a to rodzi nadzieję. Przyznam, że mam ochotę przeczytać tę książkę jeszcze raz i przyjrzeć się tej historii ponownie, najchętniej w najbliższym czasie, bo mam trochę wrażenie, że coś mi umknęło. Czuję też trochę niedosyt... Hmm... Chyba to będzie kolejna pozycja która zagości na mojej półce. ;)

Charlie choć potrzebuje małego rozbiegu jest pozycją bardzo ciekawą. Żeby to udowodnić opowiem z łapką na sercu dzisiejszą anegdotkę. Otóż rano zmęczona po nocce w pracy, położyłam się grzecznie do łóżka, przykryłam kocykiem i chwyciłam za książkę. Chciałam przeczytać parę stron i usnąć (jak zawsze), a wyszło na to, że skończyłam książkę tak rozbudzona, że o spaniu mogłam tylko pomarzyć ;)
Czy potrzeba lepszej reklamy?
Daję 8/10 i polecam gorąco!

Miłego wieczoru.
ZaBOOKowana

niedziela, 14 maja 2017

Wypychacz Zwierząt- J. Grzędowicz


Po przepysznej przystawce w postaci Pułapki Tesli, wygłodniała rzuciłam się wręcz na kolejną książkę, tym razem Jarosława Grzędowicza o wdzięcznej nazwie Wypychacz Zwierząt. Całą sobą pragnęłam zatopić zęby w  fantastyce. Takiej rasowej, dobrze przyprawionej, ociekającej sosem, a jednocześnie zamkniętej w niewielkiej porcji. Wybór wyśmienity...

Wypychacz Zwierząt to zbiór 13 opowiadań Jarosława Grzędowicza. Pochodzą z różnych okresów i są pisane pod różnym impulsem, ale razem tworzą swoisty przekrój możliwości i kunsztu autora. Znajdziemy tu opowiadania króciutkie i dłuższe, te bardziej fantasy oraz te z pogranicza s-f. Wszystko okraszone ciekawym posłowiem, które wydobywa po raz kolejny emocje jakie towarzyszyły nam podczas czytania.

Poprzedni zbiór opowiadań Grzędowicza utrzymany był w mrocznym i cięższym klimacie. Tu zetknęłam się z prawdziwą fantastyką w krótkim wydaniu. Gdy przeczytałam pierwsze, zaledwie 7 stronicowe opowiadanko już wiedziałam, że to strzał w 10. Rozsmakowałam się powoli w każdej z tych historii. Czułam się jak ryba w wodzie, jak dzika kotka w swoim naturalnym środowisku. To było dokładnie to czego w tej chwili potrzebowałam! Odczuwałam wyraźnie, że każde z opowiadań było dopracowane, oszlifowane i wypolerowane, by w swej ostatecznej formie dotrzeć do odbiorcy. Czułam, że w moje ręce trafił kawał ciężkiej pracy, godzin spędzonych na pisaniu, sprawdzaniu i poprawianiu. Co ciekawe, opowiadania nie straciły po drodze swej lekkości.

Nie umiem powiedzieć, które z historii były lepsze, a które gorsze. Wszystkie trzymały poziom, wszystkie wywoływały emocje. Jednak opowiem o 3, które wywołały na mnie największe wrażenie.
Pierwszą z nich jest Buran Wieje z Tamtej Strony- historia tajemnicza, przypomina mi te, opowiadane wieczorami przy ogniskach. Jej spokojny rytm sprawił, że przysiadłam na chwile i chciałam słuchać tej opowieści oraz szumu wiatru. Jak zaczarowana...
Drugim jest Weekend w Spestreku- opowiadanie tak bardzo przypominało mi o obecnej rzeczywistości i modnej, dochodzącej do absurdu poprawności politycznej, że po części zatarła mi się granica między jawą, a wyobraźnią. Gdy skończyłam je, odłożyłam książkę i zaczęłam się zastanawiać czy nie będzie ono poniekąd prorocze. Przecież już tak mało brakuje by zwykły heteroseksualny, szary człowiek był szykanowany za swoją... normalność? To smutne...
Trzecim i najdłuższym opowiadaniem jest Wilcza Zamieć. Już od początku z zapartym tchem śledziłam losy załogi łodzi podwodnej, gdy jednak w to wszystko wmieszała się mitologia nordycka, a cała akcja stanęła na głowie musiałam zbierać żuchwę z podłogi. Byłam kompletnie zaskoczona sposobem w jaki autor zlepił te dwa różne światy, w jeden i to pasujący do siebie jak dwa puzzle. Zachwycona prześledziłam ponownie całe opowiadanie i nigdzie nie mogłam znaleźć spawu. Wow!

Chcecie wybrać się na niesamowitą podróż meandrami fantastyki i s-f, z wyjątkowym i dobrze przygotowanym przewodnikiem? Wypychacz Zwierząt już czeka, a ja mogę obiecać Wam, że nie będziecie żałować. Stawiam przed Wami parujący, bosko pachnący, ociekający sosem i przepyszny kawał świetnej polskiej fantastyki, który nie potrzebuje reklamy. Przemawia sam za siebie. Możecie go pożreć lub delektować się po kawałeczku, ale wiem że będziecie zadowoleni.

Od siebie daję 8,5/ 10 i zacieram ręce na Pana Lodowego Ogrodu :)

Zaczytanej nocy :)
ZaBOOKowana

sobota, 13 maja 2017

Pułapka Tesli- A. Ziemiański


Nic tak nie leczy jak herbata z miodem, trochę ciepła i dobra fantastyka. Niezmienną miłość do pióra Andrzeja Ziemiańskiego żywię już od studiów, więc gdy tylko spotkałam na swojej drodze Pułapkę Tesli wiedziałam, że to będzie coś! I się nie zawiodłam. :)

Pułapka Tesli to zbiór opowiadań z gatunku s-f i fantastyki okraszony specyficznym językiem i stylem autora. Dużo tu Wrocławia, trochę Tesli i jego patentów, ostrej amunicji i skoków w czasie. Nie brakuje wartkiej akcji i gwałtownych zwrotów, a także emocji.

Andrzejowi Ziemiańskiemu ufam bezgranicznie i bez obaw sięgam po jego książki. Tak było i tym razem. Ledwie żywa "poszłam do łóżka" z Pułapką Tesli i czułam jak wraca mi energia. Z każdą przeczytaną stroną wciągałam się bardziej i bardziej. Opowiadanie za opowiadaniem przepadałam. Chciałam więcej i więcej. Nie przeszkadzał mi ani trochę seksistowski, ciężki i typowo męski styl autora. Taki jego urok, który sprawia, że chcę go czytać bez umiaru. Spotkałam się tu z klasycznymi opowiadaniami fantasy, takimi jak Dom polski, czy opowiadanie tytułowe Pułapka Tesli. Historiami z pogranicza s-f: Chłopaki, wszyscy idziecie do piekła i A co jeśli ja jestem Bogiem?. Ale największe wrażenie zrobiło na mnie opowiadanie o charakterze thrilleru, po którym miałam ciarki na plecach o tytule Wypasacz. Ten świetnie skomponowany zestaw porwał mi jeden dzień i wcale nie żałuję. Jedyną wadą do jakiej mogę się przyczepić to to, że się skończył. Książka jest dość szczupła, niestety kończy się szybko i pozostawia duży głód fantastyki. Świetna jako przystawka przed daniem głównym :) . Jak sobie przypominam to znów staję się głodna ;)

Dla każdego, kto nie boi się sięgnąć po fantastykę inną niż tę w wersji "fit" lub "light", dla każdego kto chce rozbudzić w sobie apetyt na fantastykę oraz dla wszystkich mających "smaczka" na przekąskę gatunku s-f -to będzie świetny wybór. Polecam z całego serca i daję od siebie okrągłe 8/10.

Zaczytanej soboty
ZaBOOKowana :)

Listy Starego Diabła do Młodego- C. S. Lewis



Nareszcie wśród żywych! Po wielu dniach spędzonych w łóżku z gorączką lub na niemałych rozjazdach po kraju, udało mi się wreszcie usiąść w spokoju i coś naskrobać. Mimo wszystko nie próżnowałam. Pierwszą ksiażką, o której chcę Wam opowiedzieć były Listy Starego Diabła do Młodego- C. S. Lewis'a. Kolejna pozycja z tegorocznej listy zaliczona.

Wyobraźmy sobie piekło trochę inaczej. Wyrzućmy z głowy smołę i kotły, trzaskające bicze i wrzaski potępieńców. Co powiecie na piekło w formie korporacji, ogromnej firmy z wszystkimi jej zaletami, wadami i... biurokracją? Z systemem kar, szkoleń i wysokimi wymaganiami wobec pracowników. KorpoHell! Brzmi ciekawie? I jest ciekawe. Co ciekawe Listy... choć mają swoje lata to nadal pozostają aktualne, a ich ponadczasowe treści zastanawiają i zaskakują do dziś. Są niezwykłym, błyskotliwym studium wiary i religijności człowieka, ale nie tylko...

Sięgając po Listy... wiedziałam, że mam mało czasu. Termin biblioteczny zbliżał się wielkimi krokami, grypa szalała w najlepsze, a ja smarkata i zakopana w koce nie miałam ochoty na nic. Jednak zawzięłam się i postanowiłam podołać wyzwaniu i dobrze wykorzystać ten czas, gdy mogłam legalnie wylegiwać się w łóżku przez cały dzień ;) . Przyznam, łatwo nie było. Skupienie spadało do zera, ale na szczęście lekki język i narracja w formie listów sprawiły, że czytało się szybko i miło.
Samo czytanie Listów... było niezwykle ciekawym doświadczeniem. Mogłam przez ramię diabła zerkać na proces kuszenia. Poznawać sztuczki i przekręty, często tak bardzo niewinne, a niosące ze sobą spore konsekwencje. Czasem odkładałam książkę by się nad tym zastanowić i przemyśleć własne postępowanie. I nie mam na myśli tylko aspektu religijnego, ale takie zwykłe normalne życie. Proces zniechęcania się, odpuszczania sobie by w końcu zaniechać całkowicie. Listy... są swoistym studium życia człowieka, jego zmienności i skłonności do osiadania na laurach, ale też siły.

Ciekawa, błyskotliwa książka, która zmusi do ruszenia szarych komórek. Cieszę się, że po nią sięgnęłam, choć myślę, że w innym czasie wywołałaby na mnie większe wrażenie. Na chwilę obecną daję 6/10.

Pozdawiam.
ZaBOOKowana


czwartek, 27 kwietnia 2017

Czarny Wygon- St. Darda




Dawno temu, szczęśliwym trafem znalazłam w bibliotece Dom na Wyrębach , który od samego początku zachwycił mnie i wciągnął. Chciałam do niego wrócić, ale dziwnym trafem książka zniknęła z biblioteki. No trudno. Gdy zobaczyłam wznowienie cyklu Czarny Wygon, w pięknym, czarnym, dwutomowym wydaniu, wiedziałam, że musi być mój. Apetyt na Dardę powrócił ze wzmożoną siłą i zanim bliscy się zorientowali,  zagościł w domu. Oczywiście z miejsca trafił na szczyt mojej listy "do przeczytania", a parę dni temu ostatnia strona zaszeleściła smętnie przykryta okładką.

Stefan Darda zaprasza nas na mroczną i magiczną Lubelszczyznę. W Jego powieściach roztoczańskie lasy i wzgórza, kryją w sobie nie tylko schowane przed światem wioski, ale także wielką tajemnicę. Stają się krainą dziką i śmiertelnie niebezpieczną. Nieświadomy niczego dziennikarz z Warszawy- Witold Uchmann, przybywa do Guciowa by zebrać materiał do artykułu oraz uciec od codzienności. Jednak sprawy się komplikują i na jaw wychodzi wiele mrocznych sekretów, z tego i nie z tego świata. Witold musi zmierzyć się z własnym lękiem i podjąć próbę rozwikłania zagadki Starzyzny i Czarnego Wygonu. Nie będzie łatwo...

Już od początku wiedziałam, że kupno i lektura Czarnego Wygonu była strzałem w dziesiątkę. Zagłębiając się powoli w treść, ogarniał mnie swoisty klimat polskiej wsi, gdzieś na krańcu świata. Wsi pełnej zabobonów, legend i tajemnic. Z wolna opadała na mnie ciężka mgła rozmywająca kontury rzeczywistości, by po chwili każdy cień przyprawiał mnie o gęsią skórkę. Taką aurę potrafi przedstawić tylko jeden z polskich autorów jakich znam- Stefan Darda. Dodatkowym plusem jest fakt, iż na każdym kroku czuć, że autor wie o czym pisze. Czuć, że książka jest dopracowana, dopieszczona na każdym kroku. Spodobała mi się też forma w jakiej Czarny Wygon został napisany. Opowieść przeplatana z wspomnieniami jednakowoż w doskonały sposób uzupełniająca się i budująca napięcie.

Klimat jednak to nie wszystko. Fabuła Czarnego Wygonu gnała jak szalona, dzieło się dużo i praktycznie nawet najdrobniejsze wydarzenia miały znaczenie. Sieć powiązań i zależności z każdą częścią robiła się coraz gęstsza, a ja nie wiedząc kiedy, zwijałam się w kłębek i pełna napięcia przygryzałam wargę. Pochłaniałam książkę cała sobą, byłam partnerem głównego bohatera i łeb w łeb rozwiązywałam z nim zagadkę Starzyzny. Nie stałam z boku, nie patrzyłam na jego poczynania, ale ramię w ramię z Witkiem przemierzałam Słoneczną Dolinę, wyczekiwałam na bicie dzwonów i z duszą na ramieniu szłam stawić czoła złu. Czasem zdarzało mi się nawet irytować i złościć: "no, jak możesz tego nie widzieć! Witek kurcze, no przecież to oczywiste!".  Z zapartym tchem dobiegałam do końca części/rozdziału, by wziąć głęboki wdech i pomyśleć "o kurde...". Dawno nie czułam takiego napięcia i takich emocji jak teraz. Jednocześnie chciałam i nie chciałam jej skończyć. Wow! Wszystko tak bardzo realnie przedstawione, tak zawiłe i umieszczone, nie gdzieś tam w świecie niedostępnym lub odległym, lecz na naszej rodzimej Lubelszczyźnie.

Kiedyś usłyszałam, że każda książka, która wywołuje u czytelnika emocje jest dobrą książką. W takim razie nie dziwię się, że Czarny Wygon zagościł w moim "top 10" najlepszych książek jakie przeczytałam. Polecam wszystkim, którzy lubią mroczny klimat opowieści, którzy chcą spojrzeć na polską wieś z innej, bardziej magicznej strony. Polecam tym, którzy chcą dać się porwać i całkowicie pochłonąć lekturze. Ze swojej strony gwarantuję, że emocji nie zabraknie. Daję 9,5/10 i już niecierpliwie czekam za Nowym Domem na Wyrębach.

Spokojnej nocy
ZaBOOKowana ;)

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Księga Jesiennych Demonów- J. Grzędowicz




Księga Jesiennych Demonów została porwana przeze mnie z biblioteki w porywie impulsu. W zamieszaniu przedświątecznym znalazłam czas by wreszcie zasiąść do niej i odbyć swoją pierwszą podróż z Jarosławem Grzędowiczem. Pora zdać Wam relację z tej niezwykłej wyprawy.

Księga Jesiennych Demonów jest zbiorem pięciu opowiadań utrzymanych w posępnym, mrocznym i intrygującym klimacie. Każde z nich różni się od kolejnego, ale łączy je jedno: demony. Wszystko dookoła zamiera, usycha. Dni stają się coraz krótsze, a wszelkie życie układa się do snu. A kiedy rozum śpi, budzą się demony... Nawet bardziej realne niż moglibyśmy uwierzyć.

Jesień zawsze kojarzyła mi się ze skrajem, końcem, zmierzchem. Jesień życia, rozumiana jako jego końcówka, ostanie chwile. Może właśnie to powolne zamieranie przyciąga demony? Gdy tylko przekroczyłam pierwsze strony Księgi Jesiennych Demonów poczułam jak otoczył mnie ciężki, mroczny klimat. Przezroczysta mgła o zapachu kadzidła, która osiada na wszystkim jak kurz i pożera barwy przedmiotów. Od razu wiedziałam, że to nie są przelewki. Instynktownie zaczęłam się poruszać ostrożniej choć wiedziałam, że przecież nic mi nie grozi. Jestem przecież tylko widzem, ale i aż widzem. Obserwatorem mrocznych i niewyjaśnionych historii. Z każdą chwilą byłam coraz bardziej zaintrygowana. Jak małe dziecko przyciskające twarz do szyby by widzieć więcej.

Z początku trochę bałam się swojej pierwszej przygody z Grzędowiczem. Tyle dobrego słyszałam, tyle osób polecało mi tego autora, że w pewnym momencie bałam się rozczarowania. Jednak autor już od początku pokazał mi, że ma klasę. Jestem zachwycona i już nie mogę się doczekać kolejnych książek Grzędowicza, a mam ich w domu trochę. Te krótkie opowiadania były zaledwie namiastką jego kunsztu, a cóż odczuję czytając Pana Lodowego Ogrodu? Hmm... pewnie niebawem się przekonam. ;)

Księga Jesiennych Demonów jest książką idealną na deszczowe, chłodne, jesienne popołudnia, gdy zmierzch zapada dość szybko. Książka dla tych co lubią wysłuchać niesamowitych historii, miejskich legend. Ja jestem na TAK i daję 7/10.

Wesołych świat! :)
ZaBOOKowana