czwartek, 5 października 2017

Cykl Kuzynki Kruszewskie- A. Pilipiuk



Cykl Kuzynki Kruszewskie upolowałam w lipcu w bibliotece. Aż wstyd się przyznać, ale przeleżały swoje na biurku, by wreszcie we wrześniu zawładnąć moją głową na dobre :)

Tym razem mistrz grafomańskiej fantastyki, geniusz recyklingu pomysłów i niezwykła osobowość wśród polskich fantastów- Andrzej Pilipiuk, zaserwował opowieść o kamieniu filozoficznym, alchemiku Sędziwoju i trzech dziarskich dziewczynach. Akcja dzieje się w Krakowie. Tam splatają się drogi nowoczesnej, skomputeryzowanej agentki CBŚ-Katarzyny, jej czeterystuletniej kuzynki Stanisławy oraz nastoletniej wampirzycy Moniki pochodzącej z ...okresu Bizancjum. Atmosfera się zagęszcza, gdy dziewczyny zaczynają być ścigane, a stawką staje się przedłużająca życie oraz zamieniająca ołów w złoto czerwona tynktura. Cykl składa się z 4 tomów, z których każdy jest samodzielną, następującą po sobie, pełną wartkiej fabuły opowieścią. W miarę czytania zauważyłam pewną zmianę stylu w 4 tomie wynikającą zapewne z rozwoju pisarza i dużej przerwy między wydaniem 3 i 4 tomu. Wyczułam różnicę, ale trudno mi powiedzieć czy na gorsze, czy na lepsze. Wiem jednak, że ostatnie opowiadanie pt. Czarne Skrzypce oddało kunszt autora. Moim zdaniem było niczym wisienka na torcie i nadal pozostaję pod jego ogromnym wrażeniem.

Gdy udało mi się wreszcie wyłuskać trochę czasu i zasiadłam do Kuzynek, przepadłam. Z początku trudno mi było umiejscowić fabułę w czasie. Teraźniejszość? Przeszłość? Hmm... Lecz po kilku stronach zorientowałam się co (i kiedy) jest grane, stanęłam twardo na nogach, odziałam wygodną kurtkę i ruszyłam do akcji, bo akcji tu jest co nie miara i to przy każdym zaułku. Główne bohaterki to silne kobiety, które nie dadzą sobie w kaszę dmuchać, a tym bardziej interesować się bezkarnie ich grupą. Świst szabelki, silny kopniak wojskowym buciorem czy widok legitymacji CBŚ zmiękczały niejedne kolana i nakłaniały delikwentów do zwierzeń. Pokochałam te kobietki, ich spryt i energię, która z każdą chwilą rosła też we mnie. Ale akcja to nie wszystko. Piękne opisy krakowskich uliczek, podziemi i zamkniętej w nich historii uwodziły mnie. Oczarowywał obraz dworku, intrygowały legendy żydowskie, ukraińskie, zachwycała wizja zasypanych poniemieckich laboratoriów i bunkrów. Andrzej Pilipiuk jest jedynym autorem, z którego twórczości chłonę całą sobą wiedzę historyczną. Potrafi ukazać ją tak, że nawet ja słucham z zachwytem, jak małe dziecko. Pragnę to ujrzeć na własne oczy, odkryć po swojemu, na nowo...
Zanim zabrałam się za Kuzynki Kruszewskie spodziewałam się czegoś na kształt Oka Jelenia lub opowieści z cyklu Niejakubowego. Czegoś poważniejszego, naszpikowanego historią i miejskimi legendami. Prawie zgadłam. Prawie, bo autor dorzucił od siebie jeszcze garść swoistego humoru, który moim zdaniem wydobył z opowieści właściwy smak i lekkość. Zamówiłam zwykłe danie, ale po raz kolejny szef kuchni wiedział jak je dla mnie doprawić by zmieniło się w ucztę. Właśnie za to i niezwykły dystans do siebie kocham twórczość Andrzeja Pilipiuka. Wiem, że wszystko co zaserwuje trafi w mój gust na 100%.  Czy to humorystyczny cykl o Jakubie Wędrowyczu, powieści czy opowiadania. Biorę wszystko! :)

Macie ochotę na lekką, wartką opowieść, pełną zwrotów, przekrętów i piruetów akcji? Macie ochotę poznać Kraków z lekko innej strony, iść do karczmy z bandą sarmatów, czy poznać tajemnicę kamienia filozoficznego? Czemu nie! Szaruga jesienna, aż się prosi by poczuć zew przygody. Zapraszam więc do skonsumowania Kuzynek Kruszewskich. Obiecuję, że nie zawiedziecie się :) Ja oceniam ten cykl na mocne 8/10 i już niecierpliwie zacieram ręce na październikowe pilipiukowe premiery i wznowienia (a mój portfel wije się w agonii). ;)

Słonecznego dnia
ZaBOOKowana ;)


poniedziałek, 2 października 2017

Szamanka od Umarlaków, Demon Luster- Martyna Raduchowska


"Ona jest niezniszczalna. Wrzucisz taką do wulkanu, to ci pamiątki przyniesie."
~Martyna Raduchowska - "Demon Luster"

Wznowienie Szamanki od Umarlaków obiło się głośnym echem wśród czytelników. Piękna okładka i premiera w okolicy moich urodzin przesądziły sprawę i nie wiadomo kiedy książka znalazła się w walizce i przywędrowała ze mną z południa Polski.

Ida, pochodząca z arystokratycznej, magicznej rodziny marzy o zwyczajnym życiu, studiach i spokoju świętym. Jednak ciężko zaznać tego spokoju, gdy na co dzień widzi się martwych ludzi, którzy zamiast leżeć, gdzie ich miejsce, przychodzą i zawracają gitarę. Ucieczka z domu na wymarzoną uczelnię sprawia tylko, że wszystko się komplikuje. Dziewczyna nie tylko przyciąga duchy jak magnez, ale też nawiązuje więź z wciąż umierającą w płomieniach wrzeszczącą harpią, która ani myśli się odczepić. Otóż Ida jest medium, a nawet coś więcej, jest szamanką od umarlaków... i ma wielkiego pecha. A może to Pech ma Idę? Cykl Szamanka od Umarlaków jest zabawną, lekką opowieścią z gatunku urban fantasy, z wartką akcją i barwnymi postaciami. Książka w sam raz na jesienne wieczory.

Po Szamankę od Umarlaków sięgnęłam by się trochę rozluźnić, a skoro sama Marta Kisiel polecała, więc czemu nie? Ida z miejsca przypadła mi do gustu. Młoda, niepokorna, twardo stąpająca po ziemi, zapatrzona na własny cel-normalność. Postać barwna, niepokorna, energiczna i... pechowa. Czego chcieć więcej? No może martwej acz żywej, zmanierowanej, surowej ciotki? Do zestawu warto byłoby wrzucić jeszcze brygadę szybkiego reagowania i zwariowanego zwierzaka. Czemu nie? To wszystko wstrząśnięte i zmieszane, podane w świetnej nowoczesnej oprawie sprawiło, że nie mogłam się oderwać. Czytało mi się szybko, bardzo lekko i zanim się obejrzałam pierwszy tom śmiał się skończyć. Ale jak to?! Na szybko, po nocce w pracy, biegłam do biblioteki i niecierpliwie wtopiłam się w kolejną część. Nie dopuszczałam do siebie możliwości, że mogę nie wiedzieć jak to się skończy. Demon Luster utrzymuje poziom pierwszego tomu. Na początku miałam odczucie, że jest nawet lepszy, ale końcówka zrównuje ocenę.

Cykl Szamanka od Umarlaków nie jest fantastyką najwyższych lotów. Jednaj jest to opowieść kompletna, ciekawa, przyjemna i humorystyczna. Historia w sam raz na jesienne, deszczowe dni, które aż proszą się o książki lekkie, śmieszne i niewymagające. Dokładnie tego oczekiwałam, a widok prof. Miodka popełniającego sepuku słownikiem w mojej wyobraźni będzie tkwił jeszcze dłuuuugo ;) Polecam i daję 6/10.

Miłego wieczorku
ZaBOOKowana




niedziela, 1 października 2017

Bo Toruń to nie tylko stary piernik!- Krótka relacja z Coperniconu 2017.



Toruń- miasto słynące z piernika i Kopernika po raz kolejny nabrało barw i stało się miastem z innej bajki, a to za sprawą niezwykłego Festiwalu Fantastyki- Copernicon. Kto wie kogo można tam spotkać za rogiem? Rewolwerowca? Wiedźmę? Elfa? A może samego  Lorda Vadera? ;)A ja tam byłam, piwo i kawę piłam, a teraz w paru słowach opowiem cóż za cuda i dziwy zobaczyłam :)

Z walizą pełną kosmetyków, gadżetów i innych ustrojstw świetnie wkomponowanych w ducha fantastyki oraz stertą książek czekających na podpisy swych autorów (bo jak śmiałabym się nazywać "ksiązkolubem" gdybym nie jechała tam spotkać się z autorami ;) targałam się, wraz z moim dzielnym, jeszcze bardziej objuczonym Lubym (dziękuję!) w piątkowe południe zmierzając ku akredytacji. Poszło sprawnie i parę minut później w pełni skupiona wyszukiwałam interesujących prelekcji. Później czekało nas tylko dostosowanie się do norm konwentowych, czyli przebieranki i malowanki i tak przygotowani mogliśmy wtopić się w tłum, szukając znajomych twarzy.

Z wszystkich konwentów najbardziej lubię Copernicon. Dlaczego? Bo jest dość mały i jest blisko. W tym roku odnotowano ok. 3700 osób, co jest sporym wyczynem, lecz w porównaniu z Pyrkonem, Toruń niknie. Moim zdaniem to ogromny plus. Uczestnicy mieli większe prawdopodobieństwo dostania się na wypatrzone prelekcje, LARPy, RPG czy wiele innych miejsc. 3 Sleep Roomy spokojnie wystarczały by przenocować uczestników, a całodobowy Games Room czynił im solidną konkurencję. Łatwiej było także spotkać ulubionych autorów, twórców, a targi nie przytłaczały ilością i ściskiem. Sama organizacja może nie jest dopięta na ostatni guzik, ale w moim odczuciu zdała rezultat. Umiejscowienie- BOMBA! Niewielkie odległości między budynkami, adaptacja całych kompleksów uczelnianych znacznie ułatwiała poruszanie się wg własnych planów. Dodatkowo dołączona do informatora prosta mapka świetnie zapobiegała gubieniu się. Sam widok cosplayerów wypełniających starówkę pobudzał ją do życia, wywoływał duże zainteresowanie i stwarzał miłą, pełną dobrej energii atmosferę.



Tegoroczny program był mocno rozbudowany. Miałam w czym wybierać, a chwilami wręcz chciałabym się rozdwoić lub nawet rozpięciornić. Już w piątek udało mi się trafić na intrygującą, świetnie przeprowadzoną prelekcję Macieja Lewandowskiego: " Cienie Nowego Orleanu: Voodoo, niewolnictwo i woda z czosnkiem". W sobotę za to spotkałam się z tegorocznym laureatem nagrody im Zajdla- Krzysztofem Piskorskim oraz z uwielbianym przeze mnie mistrzem grafomańskiej fantastyki, twórcą legendarnego i niezwyciężonego Jakuba Wędrowycza- Andrzejem Pilipiukiem. Miałam okazję stworzyć z Martyną Raduchowsą ( autorką "Szamanki od umarlaków") profile morderców i kosztować tortu urodzinowego z Anetą Jadowską. Śmiało mogę powiedzieć, że działo się dużo, a jednego czego brakowało permanentnie to czasu na sen. W tym szalonym biegu trudno mi określić kiedy konwent dobiegł końca. Wydaje się, że nagle w niedzielę po 15:00 Toruń opustoszał. Zrobiło się cicho, pusto i szaro, a gdzieś we mnie obudziła się tęsknota za kolejnym weekendem wśród ludzi tak pozytywnie zakręconych.



Jeśli miałabym się czegoś przyczepić to tylko drobnostek. Najbardziej irytował mnie format "Programu i mapy"- za duży i nieporęczny. Brakowało mi prelekcji po 22:00, to był taki czas gdy się chciało czegoś jeszcze posłuchać, gdzieś pójść, ale niekoniecznie do pubu ;). Trochę przeszkadzało mi jeszcze umiejscowienie Targów, do tej pory mieściły się w Centrum Sztuki Współczesnej czyli blisko całego kompleksu konwentowego, a w tym roku zostały przeniesione na Rynek Nowomiejski oddalony od głównych budynków. To sprawiało, że było mi tam trochę "nie po drodze".

Podsumowując. Jeśli lubicie książki, gry, anime czy mangi, w tematyce fantasy, jeśli jesteście po ciemne lub jasnej stronie mocy, jeśli chcecie złapać ogromną dawkę pozytywnej energii? Zapraszam! Copernicon jest dla Was! A mogę obiecać, że jak raz przyjedziecie to będziecie wracać co rok. To uzależnia ;)

Chciałabym bardzo podziękować całemu Stowarzyszeniu Miłośników Gier i Fantastyki Thorn za kolejny wspaniały konwent, dobrą organizację i świetną zabawę. Jesteście wspaniali! Dzięki wam naładowałam z nawiązką wewnętrzne akumulatory, poczułam się młodsza o parę lat i przywiozłam ze sobą masę wyjątkowych wspomnień, interesujących wiadomości i trochę kataru (taki mały efekt uboczny) ;)

Do zobaczenia za rok :) !

piątek, 15 września 2017

Widnokrąg- W. Myśliwski




"(...) bo najciężej jest ruszyć. Nie dojść, ale ruszyć. Dać ten pierwszy krok. Bo ten pierwszy krok nie jest krokiem nóg, lecz serca. To serce najpierw rusza, a dopiero nogi za nim zaczynają iść. A na to nie tylko trzeba siły, ale i przeznaczenia, żeby przemóc serce i powiedzieć, to ruszam."
~ W. Myśliwski, Widnokrąg 


Długo zastanawiałam się co też będzie mi towarzyszyć na urlopie. Chciałam znów się zachwycić, zachłysnąć opowieścią samą w sobie, poczuć znów czym jest naprawdę literatura piękna. Wybrałam Widnokrąg, a może to on wybrał mnie?

Widnokrąg to książka Wiesława Myśliwskiego wydana w 1996 roku. Rok później za tę powieść autor otrzymał swoją pierwszą Literacką Nagrodę Nike. Powieść przedstawia obraz wsi w okresie wojennym i powojennym widziany przez pryzmat niechronologicznych wspomnień. Główny bohater- Piotr, chwilami chłopiec, młodzieniec, dojrzały mężczyzna w pozornie chaotyczny sposób snuje opowieść o czasie, dojrzewaniu, pamięci i przemijaniu. Opowieść pełną żywych, barwnych postaci wujów, ciotek, dziadków, rodziców, obserwowanych z perspektywy wieku bohatera. Fabuła nie porywa wartkim strumieniem, lecz dryfuje i zachęca by poddać się jej nurtowi. Czaruje delikatnym szumem, urokliwymi obrazami i skłania do głębokich rozważań. Widnokrąg jest również bardzo osobistą i w pewnym stopniu autobiograficzną opowieścią autora.

Nie jest łatwo podjąć się recenzji Widnokręgu. Cały czas obawiam się, że nie potrafię ująć w słowa wrażeń, które kłębią się w mojej głowie. Dlaczego? Bo są to głównie emocje, odczucia, skojarzenia, a nie sztywne fabularne tory. Wybaczcie mi zatem, lecz tak wyjątkowe dzieło, wymaga z mojej strony niestandardowej opinii ;) 

Już od pierwszych stron czułam, że Widnokrąg jest niezwykłą powieścią. Narracja trochę przypomina mi rzekę. Szeroką, spokojną, której nurt prowadzi nas dalej i dalej, a ja-czytelnik poddaję się jej i pozwalam prowadzić. Rozglądam się, patrzę w przód, w tył, na boki, chłonę widok i pozwalam moim myślom płynąć wolno, lecz nie leniwie. Rozważam, zastanawiam się, myślę... Czuję się jak dawniej, gdy miałam niewiele lat i siadałam u stóp dziadka słuchając jego opowieści całą sobą. Teraz również zamykałam oczy pozwalając mojej wyobraźni budować obraz dawnej wsi. Gdy wtopiłam się już w klimat, pozwoliłam się zaprowadzić narratorowi do jego rodzinnego domu, pełnego wujków, stryjenek, dziadków. Przysiadłam w kącie i obserwowałam sprzeczki, dyskusje i krzątaninę. Zwykła codzienność, lecz tak wyjątkowa w swej prostocie. Przygotowywanie posiłków, niedzielne zwyczaje, nawet zwykła sprzeczka o lisa przykuwały moją uwagę i urzekały. Byłam świadkiem wydarzeń większych i tych mniejszych, towarzyszyłam Piotrusiowi podczas wypasania krów oraz przesiedlania Żydów, obserwowałam powolny proces żegnania się z ojcem, przemiany społeczne i pomoc sąsiedzką. Czasem miałam wrażenie, że patrzę na zupełnie inny, zapomniany świat. 

W Widnokręgu najbardziej urzeka mnie język. Prosty, gawędziarski styl dodaje autentyczności obrazom dawnej polskiej wsi. Upiększa prostotę myślenia, uwydatnia chłopskie mądrości wpisując je w kanon uniwersalnych prawd i praw o świecie i ludzkiej egzystencji. Jednocześnie nadaje powieści lekkości. Brak chronologii nie przeszkadza, a wręcz dzięki temu wszystkie historie łączą się płynnie przechodząc jedna w drugą. Plącząc się, snując, jak dym papierosowy, wspomnienia tak ulotne, stłumione czasem, jednak nadal zawierające spore zasoby emocji. Nie są to jednak emocje żywe, gwałtowne, a raczej przykurzone, zdystansowane. Emocje nie chwilowe, obecne, lecz te przeżyte, przetrawione i trwałe. Te osiadające na dnie serca, które poruszają wewnętrzne struny ludzkiej duszy.

Widnokrąg jest książką, którą się czuje, nie czyta. Chcąc, czy nie czytelnik poddaje się jej spokojnemu nurtowi i płynie, otwierając się na odbiór emocji i wrażeń. Jest to moja druga pozycja Wiesława Myśliwskiego i myślę, że nie ostatnia. Jeśli chcecie zapoznać się z dziełem (a nie boję się użyć tego słowa), które jest kwintesencją pojęcia "literatura piękna", to się nie zawiedziecie. Polecam z całego serca i daję 10/10.

Miłego dnia
ZaBOOKowana



wtorek, 5 września 2017

Wczesne lata- J. Flanagan



Wybaczcie mi moją długą, niespełna miesięczną nieobecność. Z początku praca, a później urlop  pochłonął mnie bez reszty. Mimo to starałam się nie próżnować :). W ferworze pakowania, w komunikacji miejskiej, a nawet na nockach w pracy, wszędzie towarzyszyli mi Zwiadowcy. Ostatnią stronę przerzuciłam siedząc w kurtce i traperach na kanapie, jakieś 5 min przed wyruszeniem w moje ukochane Tatry. Tak bardzo chciałam Wam opowiedzieć o wrażeniach jakie na mnie zrobiły Wczesne Lata, ale brak komputera pod łapką skutecznie mi to uniemożliwił. No cóż, recenzja czekała cierpliwie aż do dziś i myślę, że nabrała przez to smaczku ;)

Wczesne Lata to prequel znanego Wam już cyklu Zwiadowcy Johna Flanagana, składa się z dwóch ściśle ze sobą związanych tomów. Pierwszy tom- Turniej w Gorlanie opowiada o jednoczeniu przetrzebionych szeregów zwiadowców i demaskowaniu niecnych planów Morgaratha. Drugi- Bitwa na Wrzosowiskach przedstawia największe starcie z Morgarathem i jego armią. Wszystko ubrane w lekki, wartki styl sprawia, że strony biegną nieubłagane. Uważam, że warto zostawić sobie Wczesne Lata na koniec i przeczytać dopiero po zakończeniu głównego cyklu.

Powrót do świata Zwiadowców wywołał przyjemne ciepło w moim wnętrzu. Poczułam się jakbym po długim czasie wróciła w ulubione miejsce. Przywitałam się z Haltem, Crowley'em, zerknęłam w znane kąty, pogłaskałam Abelarda po chrapach i nawet nie wiedząc kiedy, byłam gotowa ruszyć w drogę. Nawet nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo zatęskniłam za tym przekomarzaniem się przy ognisku, spaniem pod gołym niebem i kryciem się w zaroślach. Oj jak przyjemnie było do tego wrócić :) Niesiona tą lekką narracją, doprawioną humorem i wartką akcją, pozwoliłam by moja wyobraźnia rozwinęła skrzydła.

Z początku obawiałam się, że wielokrotnie wspominana i opisywana w głównym cyklu Bitwa na Wrzosowiskach będzie trochę odgrzewaniem kotleta, że znów będę czytać jak to Halt oberwał i obronił go dzielny strażnik. Tę historię już znamy bardzo dobrze z głównego cyklu. Na szczęście w Wczesnych Latach jest to tylko dodatek do głównej fabuły, a autor skupia się na samej bitwie i jej otoczce taktyczno-politycznej. Jak dla mnie? Bomba! Tylko szkoda, że po raz kolejny przyszło mi się żegnać z Araluenem... Hmm... A jeśli czas pozwoli to jeszcze tu wrócę :).

Jeśli znacie już główny cykl Zwiadowców, nie będziecie rozczarowani chwytając za Wczesne Lata. Jeśli zastanawiacie się czy zacząć, nie wahajcie się. Jeśli macie ochotę na coś lekkiego, przyjemnego, a jednocześnie niesamowicie wciągającego, jest to pozycja w sam raz dla Was! Opowieść stworzona dla młodszej młodzieży i rozchwytywana przez dorosłych. Oba te wspaniałe tomy oceniam na 8/10 i z całego serca polecam :)

Miłego dnia
ZaBOOKowana :)

piątek, 11 sierpnia 2017

Cykl Nikita- A. Jadowska




Kolejny cykl, o którym Wam opowiem jest zdobyczą upolowaną w bibliotece podczas mojego ostatniego wypadu. Anetę Jadowską poznałam na Coperniconie kilka lat temu, gdy byłam na prelekcji o urban legends i zaintrygowały mnie jej przemyślenia, a teraz zmierzyłam się z jej twórczością.

Wyobraźcie sobie, że poza naszym światem istnieje również pełen magii świat alternatywny, w którym zwykły szary człowiek jest wyjątkiem. Czasem te światy przenikają się, a czasem są oddzielone grubym murem. Tak się stało w przypadku alternatywnej Warszawy, która pod wpływem tragicznych wydarzeń II Wojny Światowej została zatruta i podzieliła się na dwa miasta. Brutalny i szalony Wars oraz dziką, naszpikowaną zębami i pazurami Sawę, oddzielone od siebie skażoną Wisłą oraz regularnie pustoszone przez magiczne sztormy (czkawki) zamieniające ich mieszkańców w krwiożercze potwory. Nie brzmi to jak uroczy zakątek, ale posiada swój czar. Główną bohaterką jest Nikita: najemniczka, która za odpowiednią cenę pozbywa się niechcianych kłopotów, potworów czy wrogów. Sytuacja wikła się, gdy przeszłość zaczyna doganiać dziewczynę, a zagadki rodzinne zaczynają domagać się rozwiązania (często przykładając broń do skroni).

Dziewczyna z Dzielnicy Cudów i Akuszer Bogów to pierwsze książki Anety Jadowskiej po jakie sięgnęłam. Z początku nie wiedziałam czy odnajdę się w tym urban fantasy, ale rasowa i przystosowana główna bohaterka szybko i krótko wprowadziła mnie w klimat. Nie czekając na nic, porzuciłam wygodne dresy, wskoczyłam w glany, skórzaną kurtkę, t-shirt z motywem z "Baldura" i ruszyłam za nią w miasto. Podobała mi się ta sztywność, ręce w kieszeni, broń przy boku i porządny sierpowy w zanadrzu. Oj tak... gdy o tym myślę w głowie gra mi ACDC-"Highway to hell" i inne kawałki rockowe z lat 70-80', które ostatnimi czasy lekko zaniedbałam (niestety). Całość podziałała jak miód na duszę i obudziła we mnie uśpione zwierzę, które tak lubię :). Tak przygotowana przemierzałam Wars poznając go i nasiąkając jego dusznym i męskim klimatem. A sama Nikita? No cóż, nie mogłam jej nie polubić. Cenię bohaterki, które potrafią o siebie zadbać, przywalić kiedy trzeba, ale też posiadają swoistą głębię. Nikita taka jest, nie przesadzona ani w stronę emocji, ani wulgarności. Bardzo dobrze wkomponowuje się w świat Warsu i jego tajemnice.

Ale, ale! Prawdziwa zabawa zaczęła się w 2 tomie, gdy pojawiło się nie tylko nawiązanie, ale prawie cały kanon wyjęty z mitologii nordyckiej. Czy da się wpleść gangi motocyklowe, wilka na emeryturze, babcię walkirię i Odyna w jedną fabułę? Tak! I to wcale nie jest komedyjka. Aneta Jadowska pokazała, że potrafi z tego stworzyć kawał solidnej fantastyki i to z dużym wykopem. Wynik tych eksperymentów jest moim zdaniem bardzo dobry, więc pomału już się niecierpliwię co dalej.

Cykl Nikita jest ciekawą pozycją dla każdego fana fantastyki, który ceni sobie nietuzinkowe, barwne postaci "z pazurem". Choć 1 tom wymaga małego rozbiegu to 2 pochłonął mnie w całości i nie mogłam się od niego oderwać. Łączna ocena 7,5/10. Polecam :)

Emocjonującego wieczoru!
ZaBOOKowana :)



poniedziałek, 31 lipca 2017

Ewangelia Według Lokiego- J. M. Harris



Przypadkowa wizyta w bibliotece sprawiła, że złamałam moje przyrzeczenie by nic nie wypożyczać. Pod karcącym okiem mojej ulubionej bibliotekarki buszowałam między półkami i plotkowałam o tym i owym. Dopiero, gdy moje naręcze liczyło sztuk siedem, wzrok owej panny złagodniał i zostałam wypuszczona z tego przybytku z ciężką torbą i lekkim sercem ;). Dlaczego Ewangelia według Lokiego? Bo zawsze interesowała mnie mitologia nordycka. Czemu więc nie spojrzeć na Valhallę oczami Lokiego? ;)

Któż nie zna Lokiego? Postać wypromowana przez Marvela ostatnimi czasy stała się modna i popularna. W Ewangelii według Lokiego poznajemy mitologię jego z punktu widzenia. Nie stroni on od złośliwości, a czasem przemilcza niewygodne fakty. Opowieść dość mocno uwspółcześniona językowo i luźno trzymająca się kanonu mitologii nordyckiej.

Zawsze lubiłam Lokiego. Złośliwy, sprytny, odważny i niezwykle inteligentny, był najbardziej barwną z wszystkich postaci jakie możemy spotkać w nordyckich legendach. Często ukazywany jako znienawidzony kłamca, jednak w moich oczach pełnił też rolę wybawiciela z opresji. Gdy Wanowie lub Asowie wdali się w jakąś niepewną umowę lub chcieli uniknąć konsekwencji, prosili Lokiego by załatwił sprawę. Nie raz sam wplątywał się w zawiłe z sytuacje i nie raz też narażał własne życie, ot tak dla żartu. Na co dzień pogardzany, znienawidzony, odosobniony (choć zapracował sobie na to) zaczął planować zemstę. Moja sympatia do niego nie wygasła po przeczytaniu tej książki. Był taki jak oczekiwałam że będzie: krętacz i cwaniak. W swoim dzienniku mówił dość luźno i cynicznie, a to sprawiło, że książka nabrała lekkości i "wciągnęłam" ją w dwa wieczory.

Jest jednak parę minusów, które uwierały mnie jak kamień w bucie. Po pierwsze autorka chwilami znacznie odchodzi od prawdziwej mitologii i nie mam tu na myśli ułagodzenia historii na korzyść Lokiego, lecz zmianę głównej puenty. Loki był lodowym olbrzymem, jednak tu stał się potomkiem Chaosu, Ogniem,  co znacznie zmieniało jego rolę. Można znaleźć także wiele innych odskoczni. Po drugie, jak piasek w kanapce zgrzytał mi w głowie nowoczesny język użyty w narracji. Zamiast śpiewnego tonu opowiadanych legend, dostałam dialogi na poziomie nastolatków z przystanku autobusowego. Może i to było lekkie, ale chwilami miałam wrażenie że autorka miała świetny pomysł, solidny fundament, ale zabrakło jej czasu i ukręciła na piętce resztę opowieści. To sprawiło, że zamiast lekkiej książki w ulubionym temacie dostałam średniej klasy czytadło. Auć...

Moi Drodzy, jeśli lubicie mitologię nordycką, nie czytajcie tego, bo się zdenerwujecie, a po co ;). Ewangelia według Lokiego jest przykładem jak łatwo można zepsuć dobry pomysł i zamiast intrygującej i ciekawej historii podać niedopieczony kawał czytadła, który można zakwalifikować do średniej klasy czasoumilacza. Ani to dobre, ani to złe, takie przeciętne. Daję 5/10.

Pozdrawiam
ZaBOOKowana