czwartek, 22 lutego 2018

To Nie Jest Kraj Dla Starych Ludzi- C. McCarthy




Każda chwila życia jest punktem zwrotnym i w każdej dokonuje się wyboru. Kiedyś go dokonałaś. Wszystko później było jego następstwem. Raz narysowany kształt nie da się zmienić. Nie można wytrzeć ani jednej kreski. Nie wierzę, że wypadłby orzeł zgodnie z twoim życzeniem. W jaki sposób? Droga człowieka na tym świecie rzadko się zmienia, a jeszcze rzadziej raptownie. Twoją drogę było widać od samego początku.
 
~Cormac McCarthy, "To nie jest kraj dla starych ludzi"

Wciąż towarzyszą mi emocje związane z Drogą - Cormaca McCarthy, mimo iż minęło już parę lat,  od kiedy czytałam tę książkę. Planując tegoroczne wyzwanie zapragnęłam sięgnąć po inną pozycję tego autora i trafiło na: To nie jest kraj dla starych ludzi. Pełna słomianego zapału pobiegłam w podskokach do biblioteki i wróciłam ze zdobyczą oraz... naręczem innych książek. ;)

To nie jest kraj dla starych ludzi opowiada o zmieniającym się świecie. Akcja rozgrywa się w pobliżu gorącej granicy amerykańsko-meksykańskiej. Przemyt, narkotyki i duże pieniądze na stałe wplecione pomiędzy życie zwykłych ludzi. Główny bohater, Llewelyn Moss, podczas polowania nad rzeką Rio Grande dociera do miejsca, w którym niedawno doszło do sprzeczki gangów. Rozstrzelane samochody, sporo trupów, narkotyki,walizka pieniędzy i... żadnych świadków. Moss postanawia zabrać pieniądze i uciec, aby gdzieś daleko, wraz z żoną rozpocząć nowe życie. Nie zdaje sobie sprawy, na jak wielkie niebezpieczeństwo naraża ich oboje. Uczestnicy niedoszłej transakcji nie spoczną, póki nie odzyskają swojej własności.

W przeciwieństwie do Drogi, która wręcz wrzuciła mnie w świat pełen beznadziei, nie dając czasu na zastanowienie się czy aklimatyzację, To nie jest kraj dla starych ludzi niespiesznie lecz dokładnie rysował przede mną obraz rzeczywistości. Z początku zwyczajnej, wręcz codziennej, jednak z czasem ciężkiej i mrocznej. To decyzja głównego bohatera, o wzięciu mafijnych pieniędzy była punktem zwrotnym, który tak wyraźnie zmienił klimat powieści. Autor w mistrzowski sposób grając atmosferą, gasił wszelką nadzieję, że wszystko się uda. Z każdą kolejną stroną czułam jak topór kata zbliża się do szyi skazańca, słyszałam wręcz tykanie zegara odliczającego pozostałe minuty... sekundy... Autor nie pozostawił wątpliwości, że decyzja Llewelyna była równoznaczna z wyrokiem, a reszta jest tylko kwestią czasu. Mimo tej świadomości, gdzieś w głębi kibicowałam mu, wbrew logice. Nie potrafiłam się pogodzić, że już nic nie można zmienić. Że klamka zapadła...
Ogromnym atutem książki jest jej narracja, częściowo trzecioosobowa relacja ustępowała chwilami miejsca, pierwszoosobowym przemyśleniom strażnika Bell'a- podstarzałego policjanta, który stara się odnaleźć w nowym, zmieniającym się świecie. Mężczyzna śledzi losy Mossa oraz podążającego jego śladami Chigurh'a, zostawiającego za sobą tylko śmierć. Stare, fundamentalne wartości ustępują miejsca nowym. Stabilne filary prawa i szacunku chwieją się w posadach, a starzy ludzie wraz ze swoim światem, zostają odsunięci na dalsze tory. Wszystko się zmienia, kartele narkotykowe wychodzą z podziemi, a ich porachunki coraz częściej dotykają niewinnych osób. To nie jest kraj dla starych ludzi... i to przygnębiało mnie najbardziej. Chcąc, nie chcąc, zatrzymywałam się na chwilę by rozejrzeć się po własnej rzeczywistości i choć nie na taką skalę, to co widziałam, niewiele odbiegało od rozważań stróża prawa. Hmm...

To nie jest kraj dla starych ludzi jest, jak na Cormaca McCathy'ego przystało, napisaną w chirurgicznie okrojony sposób powieścią, która rozwija się do swojej pełnej postaci dopiero w umyśle czytelnika. W niezwykły sposób porusza fatalistyczne i mroczne struny wewnątrz nas, o których mamy ochotę zapomnieć oraz zmusza do zastanowienia się nad otaczającą nas rzeczywistością. Autor w mistrzowski sposób stwarza atmosferę, która powolnym, swoistym rytmem prowadzi nas przez całą powieść wypełnioną soczystymi i wyraźnymi postaciami. Jeśli macie ochotę na poważną, dopracowaną powieść, polecam. Sama nadal pozostaję pod ogromnym wrażeniem kunsztu autora i zapewniam Was, że nie raz jeszcze sięgnę po inne jego książki. Tymczasem daję mocne 9/10 i polecam!

Miłego wieczoru :)
ZaBOOKowana

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Pszczoły w Zimie- J. Waliszewska



"Wałęsa rozłożył Miodowicza na łopatki. Przerażone władze w ogóle przestały zabierać głos i przywarowały w swoich komitetach. Ale w społeczeństwie czuło się jakąś bierność, wypływającą chyba ze strasznego zmęczenia po 45 latach znoszenia tego nonsensownego ustroju. A w każdym razie takie zmęczenie można było odczuć w wypowiedziach działaczy opozycji, przynajmniej tych, które nadawały zachodnie rozgłośnie."

~Joanna Waliszewska, "Pszczoły w zimie"

Pisząc dla Was recenzję Sowy w Kominie szukałam innych książek Joanny Waliszewskiej i znalazłam tylko jedną- Pszczoły w Zimie. Szybciutko popędziłam do mojej ulubionej młodzieżowej biblioteki osiedlowej i wróciłam dumna z pełnym plecakiem :). Oj bardzo nie mogłam się doczekać kiedy wreszcie się w niej zatopię. 

Pszczoły w Zimie to kontynuacja losów Zuzanny z Sowy w Kominie. Tym razem autorka przenosi nas do Warszawy lat 80-ych. Zuzanna jest już dorosłą kobietą, samotnie wychowuje córkę i stara się związać koniec z końcem malując ilustracje do bajek oraz sprzedając sielskie obrazki. Nie jest łatwo. Z każdego kąta wyziera komunizm, zakłamanie, niepewność i pustka. Główna bohaterka działając w podziemnej konspirze, walczy o  spokojną codzienność oraz wolną Polskę.

Gdy zasiadłam wczoraj rano do Pszczół w zimie  nie przypuszczałam, że pochłoną mnie bez reszty. Choć na pierwszy rzut oka książka wydaje się niepozorna, zawiera w sobie dużo treści. Dosłownie przykuła mnie do kanapy i sprawiła, że na bok odeszły inne obowiązki. Czytałam jedząc, piorąc, gotując, a gdy wybiła godzina wyjścia do pracy, byłam wściekła, że muszę zostawić ostatnie 40 stron. Dawno nie czytałam z taką pasją, z zapartym tchem. Zuzanna prowadziła mnie przez czasy, których nie pamiętam, mimo że się w nich urodziłam. Te burzliwe lata 80te znam tylko z opowiadań dziadków i rodziców. Wielokrotnie słuchałam o czołgach wjeżdżających do Bydgoszczy, pobiciach czy strzelaninie na targach w Poznaniu... Jednak w mojej małej mieścinie nic takiego (na szczęście) nie miało miejsca. Gdzieś z tyłu głowy zdawałam sobie sprawę, że w dużych miastach było gorzej. Obserwując codzienność Zuzanny uświadomiłam sobie czym tak naprawdę był Stan Wojenny, ale przede wszystkim w jakim strachu, niepewności i sprzeczności własnych przekonań żyli wtedy ludzie. Jednakże ci sami ludzie byli także pełni empatii, otwartości, chętnie wyciągali pomocną dłoń. To właśnie nie bohaterskie czyny, ale obraz codzienności w tych trudnych czasach sprawił, że nie mogłam się od niej oderwać. Jak to w codziennym życiu bywa, fabuła nie pędzi, lecz spokojnie płynie, przepełniona emocjami. Sam tytuł, z początku wydawał mi się tajemniczy, jednak z czasem zrozumiałam że doskonale oddaje stan zwykłych obywateli w jakim się znaleźli. Uśpieni, żywiący się odrobiną życia, ogarnięci szarą, mroźną zimą i wyczekujący z nadzieją w sercach, niosącej odrodzenie wiosny.

Choć Pszczoły w Zimie znalazłam w bibliotece młodzieżowej, nie do końca jestem przekonana, że tam jest jej miejsce. Jednak nie zawiera treści nieodpowiednich, więc nie mam się do czego przyczepić. Jest to książka bardzo dojrzała, poruszającą trudne tematy i osadzona w czasie, który dla większości obecnej młodzieży jest nieznany. Mimo to, ma ogromny potencjał by zaciekawić zarówno młodszych, jak i starszych czytelników. Ja jestem zachwycona i polecam ! Daje  9/10 :) 

Spokojnego dnia
ZaBOOKowana :)



PS. Dodaję link do 1 części:
https://bosomiedzywersami.blogspot.com/2018/01/sowa-w-kominie-j-waliszewska.html

niedziela, 21 stycznia 2018

Córka Kapitana Okrętu- I. Szczepańska


"Biały parowiec sunął dumny i niewzruszony. Jak życie toczące się obojętnie z dnia na dzień, nieczułe na cierpienia radości czy walki."
~Irena Szczepańska, "Córka kapitana okrętu"

Córka Kapitana Okrętu to kolejna pozycja, którą darzę niezwykłym sentymentem. Postanowiłam powtórny raz nadstawić karku i zmierzyć się z własnymi wspomnieniami, powracając do książki uwielbianej w dzieciństwie. Czy to dobry pomysł?

Córka Kapitana Okrętu to wydana w latach 30stych powieść młodzieżowa, która skradła serca wielu dziewczynek i nie tylko. Opowiada o losach Benity Rizzo, znanej jako rezolutna Tita. Osierocona przez matkę, pozostająca pod opieką ciotki, jednak cały czas zmagająca się z tęsknotą za ojcem, który porzucił ją, bo nie była chłopcem. Dziewczynka z wyjątkową zawziętością stara się upodobnić do chłopców z wyspy, wdrapuje się na drzewa, przewodzi szajce rozbójników i zdobywa wielu przyjaciół. Pewnego dnia jej opiekunka umiera, a Benita postanawia pod przebraniem chłopca okrętowego, spotkać się z ojcem. Tak oto zaczyna się piękna, malownicza i dojrzała opowieść o przyjaźni, sile woli, uporze i oddaniu. Opowieść, która mimo swych lat, ani trochę nie straciła na uroku i nadal wzrusza niejedno dziewczęce serce. 

Przeczytałam tę książkę w jedno popołudnie. Nie przeczytałam, pochłonęłam! Jak przyjemnie było towarzyszyć pełnej, barwnej i bardzo żywej Benicie. Od samego początku ją polubiłam, za upór, odwagę i stanowczość. W każdej chwili czułam się jak bym tam była i brała udział w spisku, przekradała się, pracowała i poznawała świat u boku Tity, a działo się dużo. Jednak Benita nie cały czas była nieustraszona, miała chwile zwątpienia, a to sprawiało, że stała się w moich oczach bardziej realistyczna i wiarygodna. Całości dopełniły malownicze opisy krain mijanych podczas rejsu. Dzięki nim czułam się jak na prawdziwym, długim rejsie. Słyszałam szum fal, wystawiałam twarz do słońca, a płuca wypełniała mi słona bryza. Tak bardzo nie chciałam schodzić na ląd i wracać do rzeczywistości. Tak bardzo pragnęłam płynąć wraz z opowieścią jeszcze długo i długo... 
  
Ta magiczna podróż do dzieciństwa utwierdziła mnie w przekonaniu, że warto wracać do ukochanych powieści. Warto przeżyć jeszcze raz przygody, które emocjonowały nas dawno temu, to ogromny zastrzyk pozytywnej energii. Ewolucja literatury dziecięcej nie zawsze idzie w dobrą stronę i często zamiast pięknych baśni powstają głupawe historyjki. A tam, w naszej przeszłości tkwią nadal opowieści dojrzałe, mądre i bogate w dobre emocje, a przede wszystkim nadal aktualne i pouczające. Córka Kapitana Okrętu do takich należy. I pragnę polecić ja Wam i Waszym pociechom z całego serca. Daję 9/10 i z niemałym żalem oddaję do biblioteki :)

Spokojnej nocy :)
ZaBOOKowana

czwartek, 18 stycznia 2018

Sowa w Kominie- J. Waliszewska



Sowa w Kominie to książka, do której wielokrotnie powracałam będąc dzieckiem. Postanowiłam po wielu latach znaleźć ją i przeżyć tę przygodę jeszcze raz. Czy wyszło mi to na dobre?

Sowa w Kominie to opowieść osadzona w połowie lat 60 XX wieku. Główna bohaterka, Zuzanna, świeża maturzystka, postanawia przez rok pracować w stadninie i zajmować hodowlą koni arabskich. Nie zdaje sobie sprawy, że właśnie tam przeżyje niesamowite przygody, pozna przyjaciół, odkryje cuda natury, odnajdzie smak miłości i zawodu. Sowa w Kominie to piękna, liryczna opowieść o dojrzałości i pasji, w otoczeniu wspaniałej polskiej wsi.

Powrót do Sowy w Kominie był dla mnie jak powiew świeżego powietrza. Po tak wielu latach dałam się porwać urokowi wsi, czułam na twarzy słońce, we włosach wiatr, a uszy wypełniał mi stukot kopyt i ciche rżenie. Wróciły wspomnienia z letnich dni, spędzonych z tą książką na działce. Ta sentymentalna podróż skończyła się dla mnie ogromnym sukcesem. Dokładnie przypomniałam sobie dlaczego historia Zuzanny mnie tak urzekła w młodości i śmiało mogę stwierdzić, że teraz również czuję się oczarowana. Wiem, że będę do tej historii wracać wciąż i wciąż na nowo.  Pora przejść do konkretów :)

Joanna Waliszewska w niesamowity i malowniczy sposób prowadzi czytelnika po urokliwej polskiej wsi. Tu żadne drzewo nie jest tylko drzewem, a każde zwierze ma swoją osobowość i zwyczaje. Akcja dzieję się ok 1968 roku, czyli w zupełnie odmiennych czasach. Brak internetu, facebooka czy innych "cudów techniki" podkreśla w ludziach cechy, których na co dzień mi brakuje, czyli życzliwość, ufność, obowiązkowość i troskę. Sama główna bohaterka- Zuzanna, mimo swoich 18 lat jest niezwykle dojrzała. Bierze na swoje barki prowadzenie hodowli koni i dzielnie wywiązuje się z obowiązków, a wręcz czuć, że czerpie z nich niesamowitą przyjemność. Obserwacja butnych przepiórek, dbanie o kaczęta, opieka nad psami, pielenie ogródka czy sprzątanie boksów. Zadania trudne i łatwe, a jednak Zuzanna  wykonuje je bez słowa skargi. Może to różnica czasów, może wychowania.

Choć na pierwszy rzut oka wydaje się szczupła i niepozorna, Sowa w Kominie jest nie tylko piękna, urokliwa, ale także pouczająca. Nawet po wielu latach jakie minęły od jej wydania, nadal pozostaje aktualna i posiada moc by skraść serca dzisiejszej młodzieży, a nieco starszym czytelnikom pozwoli powrócić wspomnieniami do młodych lat. Ze swojej strony daję 8/10 (trochę krótka) i węszę kolejną powiastkę tej autorki ;)

Zaczytanego wieczorku :)
ZaBOOKowana

wtorek, 16 stycznia 2018

Wiedźmikołaj, Eryk- T. Pratchett




"...I wtedy dziekan powtórzył mantrę, która w ciągu wieków wywarła tak znaczący wpływ na postęp wiedzy:- A może ZMIESZAMY TO WSZYSTKO RAZEM i zobaczymy co się stanie?..."
~sir T. Pratchett, "Wiedźmikołaj"



Jeszcze w świątecznym nastroju postanowiłam zawitać do zwariowanego Świata Dysku. Jedna książka to trochę mało, zwłaszcza dla fanki sir Terry'ego i tak jakoś wyszło, że nowy rok zaczęłam również na  Dysku. Trzymajcie się mocno! Szaloną podróż po płaskim globie czas zacząć ;)

W Świecie Dysku wszystkie dzieci w  Noc Strzeżenia Wiedźm marzą tylko o tym by zawitał do nich Wiedźmikołaj z worem pełnym prezentów. Jednak komuś bardzo zależy, by w tym roku skarpety pozostały puste. Wiedźmikołaj jest zagrożony, a razem z nim cały świat, ponieważ stara legenda głosi, że jeśli on umrze, słońce nie wzejdzie już nigdy... Na pomoc rusza Susan wraz z o'bogiem Kaca, Śmiercią Szczurów i Krukiem z apetytem na gałki oczne. A tym czasem ktoś wyjątkowy, założy brodę i z głośnym "HO. HO. HO." nie pozwoli by dzieci przestały wierzyć.

Eryk natomiast to kolejna z przygód wiecznie wpadającego w kłopoty Rincewinda i jego zirytowanego kuferka. Tym razem mag jest zobligowany do spełnienia trzech życzeń nastoletniego demonologa- Eryka. Powiedzenie "Uważaj o czym marzysz, bo jeszcze Ci się spełni" jest w tym wypadku najbardziej aktualne.

Jak już pisałam dawniej, sir Pratchett jest autorem, obok którego nikt nie jest w stanie przejść obojętnie, albo się go kocha, albo nienawidzi. Ja  go darzę szczerym, niezmiennym uwielbieniem. Kocham satyrę, przewrotność, nieoczywistą logikę i fizykę rządzącą Światem Dysku. Gdy po dłuższej przerwie wchodzę do tego świata czuję co chwila jak mój mózg wywraca koziołki próbując ogarnąć wszystko co się dzieje w książce. Tym razem było tak samo. Z Wiedźmikołajem spędziłam święta i zaśmiewałam się do łez wyobrażając sobie stwora zjadającego pojedyncze skarpetki czy samego o'boga kaca. Jednak moją ulubioną postacią był ŚMIERĆ i jego zmagania z tym co w świętach jest najważniejsze. Eryk natomiast, choć dużo szczuplejszy, wprowadził mnie w Nowy Rok z porządną dawną dobrego humoru. Wraz z niezwykle zirytowanym Kuferkiem przegalopowałam przez wymiary i czasy. Dowiedziałam się też wielu przydatnych rzeczy, jak na przykład: do czego amazonki wykorzystują mężczyzn? Dlaczego nie warto być Władcą Świata? oraz że piekło może być jeszcze gorsze niż sobie wyobrażam. Obok świetnego humoru, odnalazłam także pewne rozważania nad człowieczeństwem. Jak cudownie było powrócić znów do tej szalonej krainy... Pora skompletować wszystkie części i cieszyć się nimi kiedy tylko będę miała na to ochotę :) Zwłaszcza że mojego Lubego także zaraziłam Pratchett'em ;)       (ZWYCIĘSTWO!!!!)

Fanów Świata Dysku zachęcać nie muszę, więc piszę do tych, którzy jeszcze nie znają tego zakątka fantastyki. Spróbujcie! Najlepiej chronologicznie. Spotkacie tu niestandardowe rozwiązania, gwałtowne zwroty akcji, przekoloryzowanie i uzewnętrznienie specyficznych cech, a nawet znajome przygody... hmm... z innego punktu widzenia :). Oba tomy oceniam ba 9/10 i gorąco polecam :)

Zwariowanego wieczorku :)
ZaBOOKowana


piątek, 5 stycznia 2018

Teraz Jestem w Tęczowym Moście- B. Śpiewakowska



Teraz Jestem w Tęczowym Moście kupiłam bardzo dawno temu na jakiejś wyprzedaży. Wiele lat czekała cierpliwie na swoją kolej, aż do teraz. W listopadzie musiałam pożegnać się z moim kochanym, wiekowym psiakiem. Nie było (i nie jest) mi łatwo, więc odruchowo szukałam książek, które pomogą mi przejść przez ten trudny okres. Czy się udało?

Teraz Jestem w Tęczowym Moście jest niezwykle ciepłym zbiorem opowieści o więzi między psem, a człowiekiem. Autorka opisuje nam jak spotkała Floksię i jak ona wpływała pomału na jej życie. Opowiada historie zasłyszane i znane z Psiego Pola, ale przede wszystkim przedstawia fakt, że okazane dobro, zawsze wraca. Sam tytułowy Tęczowy Most to wyjątkowe miejsce gdzie nasi czworonożni przyjaciele, którzy odeszli, czekają by razem z nami wejść do nieba.

Już zanim po nią sięgnęłam wiedziałam, że pilnie będę potrzebowała kartonika chusteczek i nie pomyliłam się. Opowieści jakie tam spotkałam były wzruszające, ciepłe i takie jak oczekiwałam- pokrzepiające. Z początku wysłuchałam opowieść o Floksi. Uśmiechałam się, wspominałam wszystkie szkody, które czasem sama zastawałam po powrocie do domu, te wszystkie smuteczki, spacerowe "niechcemisie", spojrzenia, które mówią wszystko oraz troska, wróciły do mnie jak bumerang. Później oczami Floksi spojrzałam na ludzi, a po części także na siebie. Te dwie opowieści zrobiły na mnie największe wrażenie, odebrałam je bardzo osobiście ze względu na stan w jakim byłam. Kolejne opowieści dopełniły całości i odkładałam tę książkę spokojniejsza.

Jednak, żeby sprawiedliwości stała się zadość, postaram się podejść do niej obiektywnie i tu nie jest już tak kolorowo. Pierwsza cześć książki to opowieści z życia samej autorki. Z chwilą gdy narrację przejmuje Floksia, opowiada ją jeszcze raz swoimi słowami, a to może trochę nudzić. Druga cześć składa się  z historii innych czworonogów spotkanych na Psim Polu, ale także czysto zmyślonych i ubarwionych. W ostatnich dwóch rozdziałach autorka wyjaśnia fenomen Tęczowego Mostu oraz początki wirtualnych zwierzęcych cmentarzy. Całości brakuje trochę szlifu i spójności, ale nadrabia dużą dawką emocji i wzruszeń. W sam raz pasującą do smutnego, tęskniącego serduszka.

Teraz Jestem w Tęczowym Moście jest książką idealną dla psiarzy, kociarzy i miłośników innych zwierząt. Nie jest może arcydziełem, ma sporo wad technicznych i każdy czytelnik wyczuje, że autorka nie ma wielkiego doświadczenia w pisaniu, ale niesie wspaniałe przesłanie i dużo ciepłych emocji. Ze swojej strony polecam bardzo mocno i daję obiektywne 6/10  i + 2 za "to coś " ;)


Futrzastego dnia!
ZaBOOKowana



To tylko pies, tak mówisz, tylko pies...
A ja ci powiem
Że pies to czasem więcej jest niż człowiek
On nie ma duszy, mówisz...
Popatrz jeszcze raz
Psia dusza większa jest od psa
My mamy dusze kieszonkowe
Maleńka dusza, wielki człowiek
Psia dusza się nie mieści w psie
I kiedy się uśmiechasz do niej
Ona się huśta na ogonie
A kiedy się pożegnać trzeba
I psu czas iść do psiego nieba
To niedaleko pies wyrusza
Przecież przy tobie jest psie niebo
Z tobą zostaje jego dusza 
~B. Borzymkowska, To tylko pies...

środa, 3 stycznia 2018

Dziecko Śniegu- E. Ivey




"...nigdy nie możemy być pewni, tego co nam się przydarzy. Życie zawsze miota nami na różne strony. Ale na tym właśnie polega przygoda: nie wiesz, jak to się skończy i jak daleko zajedziesz. Ktokolwiek mówi, że życie jest czymś innym niż tajemnicą, okłamuje samego siebie. Powiedz mi tylko, kiedy czujesz, że naprawdę żyjesz?"

~Eowyn Ivey, Dziecko śniegu

 
Ja zawsze muszę przywlec do domu jakąś książkę, nawet będąc u kogoś w odwiedzinach. Tak było i tym razem, gdy wracając z herbatki i ploteczek w plecaku przyjemnie ciążyła mi polecona i pożyczona książka (Paulino dziękuję!!!). Może to już jakaś choroba? Hmm... albo urok pewnej przemiłej osóbki, która jednym spojrzeniem potrafi przekonać mnie, że MUSZĘ spojrzeć jeszcze raz w dział fantastyki i ZDECYDOWANIE znajdę jeszcze kilka interesujących mnie książek ;) . Tak też w moich dłoniach znalazło się Dziecko Śniegu i idealnie wkomponowało się w przedświąteczne nastrajanie.

Dziecko Śniegu to opowieść, w której baśń splata się z rzeczywistością. Jack i Mabel nie mogą mieć dzieci choć zawsze tego pragnęli. Przeprowadzają się na Alaskę szukając ukojenia i chcąc rozpocząć życie na nowo, zdała od innych ludzi. Pewnego śnieżnego wieczoru, w przypływie radości i beztroski lepią ze śniegu małą dziewczynkę. Następnego dnia figurki już nie ma, a zamiast niej widnieje niewielka kupka śniegu i ślady małych stóp prowadzące do lasu. Gdy dziewczynka pojawia się w ich domu, od razu darzą ją uczuciem, a ich życie zmienia się na zawsze. 

 Z miejsca wkomponowałam się w tę bajkową opowieść. Oczarowała mnie malownicza dzikość Alaski, śnieg, którego w Polsce wciąż brak, las, zwierzyna, proste życie na krańcu świata. Gdy wstąpiłam do domu od razu wyczułam mur dzielący Mabel i Jacka. Mur, który z czasem narastał spowodowany zwykłą codziennością, ciężka pracą i pustką, którą miało wypełnić dziecko. Bardzo przyjemnie obserwowało mi się stopniowe zmiany, powolne kiełkowanie bliskości między nimi, radość jaka wstąpiła w ich życie razem ze znalezieniem przyjaciół i satysfakcja z plonów. Jednak najważniejszą postacią jest tu tajemnicza, mała, śnieżna dziewczynka, która pojawia się nagle i znika nie wiadomo gdzie. Ta drobna istotka sprawiła, że nie wiedziałam czy to już baśń czy jeszcze rzeczywistość. Bardzo kocham baśnie i całą sobą oddałam się tej historii, pozwoliłam się uwieźć magii i z zapartym tchem zaczytywałam się w niej, w każdej wolnej chwili. Niestety do czasu. Płynnie przekroczyłam połowę książki, no może trochę więcej i nagle fabuła zamiast sunąć i czarować zaczęła się spłycać i gnać do przodu, by wreszcie zatrzymać się z niezgrabnym telemarkiem. Miałam takie wrażenie jakby autorka  pięknie rozplanowała większość historii, umiejętnie ją prowadząc i nagle zaczął ją gonić czas? wydawca? a może zabrakło pomysłu? sama nie wiem. Z początku czas płynie powoli, spokojnie, później gna jak szalony ukazując tylko urywki opowieści. Zniknął balans między bajkowością,  a realizmem i opowieść stała się czysto rzeczywista. I choć na samej końcówce autorka starała się podratować sytuację, nie do końca się to udało i zamiast solidnego 8,5 spadła na zwyczajowe 6/10 w mojej ocenie. Ogromna szkoda... Mimo to cieszę się, że wpadła w moje ręce i mogłam się nią cieszyć w te zimowe dni :)
Mimo to chciałabym polecić Wam Dziecko Śniegu, ponieważ to spokojna, bajkowa opowieść dla każdego kto pragnie zaszyć się w ciszy i odpocząć. Bardzo dobra na leniwe, mroźne i śnieżne dni, spędzane w przytulnym fotelu z kawą lub herbatką i ciepłym kocem. Nie jest to zła opowieść, wydaje mi się, że spodziewałam się czegoś innego.  Z mojej strony daję 6/10 i Polecam!. :)

Czarującego wieczoru :)
ZaBOOKowana