poniedziałek, 6 stycznia 2020

Podsumowanie czytelnicze 2019 r.


Nowy Rok jest często momentem przełomowym. Zabieramy się za wszelkie podsumowania, wytyczamy nowe cele, szukamy zmian lub powrotu na własne tory. Rok 2019 był dla mnie czasem dynamicznym, próbowania nowych rzeczy, dzikiego pędu i czerpania ze wszystkiego pełnymi garściami. Zaniedbałam wiele spraw (w tym między innymi prowadzenie bloga), a w zamian miałam okazję ugryźć życie inaczej oraz przetestować siebie w nowych sytuacjach. 

W 2019 roku nałożyłam na siebie sporo wyzwań czytelniczych. Najbardziej dumna jestem z "Wyzwania Lubimy Czytać 2019", które udało mi się zrealizować w 100% oraz "Książki, które zawsze chciałam przeczytać, ale nie było kiedy": 90%. Poległam na całej linii w czytaniu zaplanowanych cykli oraz w książek z dzieciństwa. Mimo wszystko jestem z siebie zadowolona :)

To był dla mnie wspaniały, energetyczny rok, także literacko. Lista przeczytanych książek przeszła moje wszelkie oczekiwania pod względem ilości jak i gatunków. Udało mi się pochłonąć aż 140 pozycji, a w tym 70 w wersji papierowej/elektronicznej i 70 audiobooków. Najczęściej w moje ręce trafiała fantastyka, powieść, literatura obyczajowa i dziecięca. Odkryciem roku stał się gatunek, z którym do tej pory było mi nie po drodze- biografie. Z zapartym tchem śledziłam losy ikon polskiego himalaizmu: Jerzego Kukuczki, Wandy Rutkiewicz, Wojciecha Kurtyki, Haliny Kruger-Syrokomskiej; jak i bardziej współczesnych wspinaczy: Piotra Pustelnika, Denisa Urubko czy Rafała Froni.

Wśród tylu pozycji znalazły się zarówno perełki jak i całkowite porażki. Chciałabym przedstawić Wam 10 książek, które zdobyły moje serce w 2019 r.

10. "Krok po kroku. Z Ziemi Ognistej na Alaskę" - M. Woroch. 

Jest to relacja z niezwykłej wyprawy dwojga niepełnosprawnych przyjaciół, poruszających się na wózkach. Przystosowanym do własnych potrzeb autem, samodzielnie, przemierzają trasę wiodącą wzdłuż zachodnich wybrzeży obu Ameryk.  Przygoda zaczyna się w Buenos Aires, biegnie przez najbardziej wysuniętą na południe osadę Ushuaia, a później na północ ku Prudhoe Bay w północnej Alasce. Książka ta jest nie tylko opisem ponad rocznej wędrówki, ale także opowieścią o kolejach życia, drodze do celu, przesuwaniu własnego horyzontu, próbą zrozumienia siebie, przełamania strachu i pogodzenia z własną niepełnosprawnością. W tej opowieści ujęła mnie pokora i szczerość przekazu oraz siła i determinacja podróżników.

9. "Magiczne lata" - R. McCammon.


Wyobraźcie sobie małe amerykańskie miasteczko z lat sześćdziesiątych, a w nim grupka chłopców na rowerach i wielkie tajemnice. Robert McCammon sprawnie stapia rzeczywistość z fantazją i tworzy niesamowity, mroczny świat, w którym zaciera się granica pomiędzy jawą, a snem.
"Magiczne lata" są jedną z tych powieści, do których wraca się z niemałą nutką wzruszenia. W niezwykły sposób wyzwala w czytelniku wspomnienia dawnych lat, w których świat każdego dnia był wyjątkowy. Czaruje i uwodzi bogatym obyczajowym tłem, zapiera dech mroczną, kryminalną fabułą i przykuwa uwagę niezwykłą narracją.


8. "Małe Licho i anioł z kamienia" - M. Kisiel.

Choć "Małe Licho" należy do literatury dziecięcej to ja (stara buba) wyczekiwałam z niecierpliwością kolejnego tomu. Nie zawiodłam się! Marta Kisiel stworzyła przepiękną, ciepłą, humorystyczną opowieść, w której zakochali się nie tylko najmłodsi, ale także ich rodzice(ciotki i babki też ;) ). Zakochałam się i ja, przepadłam razem z bamboszkami :).
Tym razem z powodu ataku ospy Bożek wraz z Tsadkielem i Guciem muszą spędzić ferie u ciotki Ody w samym sercu przedziwnego lasu.



7. "Mój pionowy swiat" - J. Kukuczka. 


"Mój pionowy świat" jest pamiętnikiem wyprawowym i autobiografią pioniera himalaizmu. Nazwisko Jerzego Kukuczki znane jest każdemu. Drugi na świecie zdobywca wszystkich 14 ośmiotysieczników, który uczynił to w niespełna 8 lat. Twórca wielu nowych dróg wspinaczkowych, jeden z prekursorów wspinaczek bez wspomagania tlenowego. Z drugiej strony zwyczajny człowiek rozdarty między dom, a pasję, malujący kominy by zdobyć fundusze na wyprawy, wbiegający z dziećmi na najwyższe piętra wieżowców by utrzymać kondycję. Zwykły, a jednoczenie niezwykły. Książka ta obrazuje nie tylko drogę do zdobycia 14 ośmiotysięczników, czy emocjonalne podejście do gór i towarzyszy wypraw, ale również rys ówczesnej Polski i sytuacji, w jakiej rozwijał się polski himalaizm. Przy tej pozycji spojrzałam na góry oczami jednego z moich idoli. Niesamowite przeżycie.


6. 'Wichrowe wzgórza" - E. Bronte

Z klasyką powieści kobiecej zawsze byłam na bakier, w tym roku postanowiłam nadrobić zaległości. Ku mojemu zaskoczeniu już od pierwszych stron przepadłam bez reszty. Historia miłości tak silnej, że spopiela wszystko i wszystkich. Uczucia powracającego jak widmo i niszczącego życie wielu pokoleń. Ilość emocji, różnorodność postaci czy też forma narracji sprawiła, nie mogłam się od niej oderwać.





5. "Nędznicy" - V. Hugo

Swoją przygodę z "Nędznikami" zaczęłam od wspaniałego musicalu w teatrze muzycznym w Łodzi oraz ekranizacji. Postanowiłam sięgnąć po pierwowzór literacki i nie zawiodłam się. Mnogość wątków, liryczny język, dynamiczni bohaterowie, malowniczy obraz jasnej oraz ciemnej strony XIX wiecznego Paryża sprawiały, że utonęłam w lekturze. Jednak nie to sprawiło, że "Nędznicy" znaleźli się w mojej Top 10. Jest to historia o duszy człowieka, szarpanej skrajnymi emocjami. O tym, jak bardzo ludzie potrafią być potworni w okrucieństwie i jak piękni w kochaniu.


4. "Czarnobylska modlitwa" - S. Aleksijewicz.


20 lat po katastrofie czarnobylskiej Swietłana Aleksijewicz zebrała historie ludzi, którzy przetrwali to piekło. Żona strażaka, człowiek zajmujący się utylizacją zwierząt, żołnierz, cywil... Każdy z nich ze swoja własną przerażająca historią o miłości, stracie, lęku, o naginaniu granic człowieczeństwa, o słabości i sile. Każda opowieść trafiała idealnie w mój słaby punkt, podsycała emocje i głęboko zapadała w pamięć. Sporo czasu potrzebowałam by po jej przeczytaniu wrócić do normalności. Doceniam i ogromnie polecam!




3. " Grona gniewu" - J. Steinback. 


Kolejna klasyka, która pozostawiła na mnie swoje piętno. "Grona gniewu" opowiadają losy rodziny Joadów zamieszkującej Oklahomę. Z powodu kryzysu gospodarczego zostają zmuszeni do porzucenia własnej ziemi i migrują do Kalifornii poszukując pracy. Obdarci z godności, ojcowizny, traktowani jak wrogowie, z wciąż narastającym cichym gniewem i bezsilnością. John Steinbeck świetnie uchwycił stopniowe narastanie beznadziei, frustracje i gniew w sercach ludzi pragnących tylko spokoju i stabilizacji. Kawałka ziemi, która ich wyżywi i dumy z ciężko wykonanej pracy. Ogrom emocji i frustracji bezpośrednio oddziaływał na mnie. Wow! Ta książka pozostanie ze mną długo.


2. "451' Fahrenheita" - J. Bradbury. 


Dystopie zawsze potężnie oddziaływały na mnie, tym razem było tak samo. Wizja palenia książek nie przeraża tak bardzo, lecz za nią widnieje świat jednakowych konsumpcjonistów. Świat ludzi zamkniętych pomiędzy wielkimi ekranami, bez relacji międzyludzkich, bez własnego zdania. Świat poprawności politycznej, monotonii, nijakości, samotności i strachu przed odmiennością. Brr... Nadal mam ciarki, gdy o tym myślę. Książka zapadła w moją pamięć bardzo głęboko.




1. "Wszystko za życie" - J. Krakauer.


Przyszedł czas na najlepszą przeczytaną przeze mnie książkę w roku 2019. Jest to biografia Crisa McCandlessa, niezwykłego człowieka, który miał odwagę zostawić wszystko co posiadał, stać się prawdziwie wolnym i ruszyć w podróż życia poszukując siebie. Jedni mówili o nim "szaleniec, ryzykant", inni podziwiali za śmiałość do brania życia całymi garściami. Ten niezwykły młody człowiek otarł się o prawdziwe szczęście, a jego pozytywne nastawienie, uśmiech i wola życia sprawiała, że miałam ochotę sama chwycić za plecak i ruszyć przed siebie. Choć historia jest tragiczna, to niesamowicie porywała, motywowała i zmuszała mnie do wartościowania codziennych decyzji. Myślę, że często będę do niej wracać. Niestety nie miałam okazji obejrzeć ekranizacji, ale trzymam kciuki by świetnie uzupełniała tę biografię.



Cieszę się, że mogłam podzielić się z Wami literaturą, która wpłynęła na mnie w 2019 roku. Jest to subiektywne zestawienie wyjątkowych dla mnie książek, które z całego serca polecam. Kolejne wyzwania przede mną, pora zabrać się za realizację nowych celów i mam nadzieje, że rok 2020 będzie równie bogaty w dobrą literaturę jak poprzedni. Na tę chwilę jedynym, ale za to stanowczym celem jest reaktywacja bloga. Mówi się, że do trzech razy sztuka :) Trzymajcie kciuki by się udało :)

Pozdrawiam :)
ZaBOOKowana

poniedziałek, 16 września 2019

Cykl: "Morza Wszeteczne" - M. Mortka



Cykl: "Morza Wszeteczne"
Tom I - "Morza Wszeteczne"
Tom II- "Wyspy Plugawe"
Marcin Mortka
Wydanie I
Wydawnictwo Uroboros, Warszawa 2013 i 2015
ISBN I: 9122161272292
ISBN II: 9788328021280



nr 32 i 33 na liście "Książek przeczytanych w 2019 r."


"O tym, że piątki przynoszą echa, kapitan Roland zwany Wywijasem wiedział od dawna. Przesądny jak każdy człowiek morza, skrupulatnie przestrzegał zasady, by w ten dzień nie podejmować żadnych ważnych decyzji. W piątek nie podnosił kotwicy, nie zawierał umów ani nie omawiał kolejnych wypraw, ba wystrzegał się nawet piątkowej gry w kości. W chwili, gdy przebrzmiało echo salwy armatniej, a po nim łoskot walących się murów, uświadomił sobie, że nawet piątkowa wyprawa na dziwki może okazać się kiepskim pomysłem. "

~ Marcin Mortka, "Morza Wszeteczne" 

Ahoj przygodo! Morza szum, ptaków śpiew, a na horyzoncie zbliżający się całkiem szybko armagedon. Co na to banda hardych, nieustraszonych, trochę specyficznie ukształtowanych piratów pod przewodnictwem kapitana Rolanda zwanego Wywijasem? Pewnie z okrzykiem "Arrr!" rzuciliby się do boju, ale przed chwilą zniszczono ich statek, a nowy napędzany jest siłą demoniczną, którą do końca nie rozumieją. Tymczasem Roland zamiast palić i kraść, wplątuje się w zakrojoną na szeroką skalę wojnę pomiędzy demonami i aniołami. Teraz cała drużyna, wykorzystując swoje zalety oraz ułomności, musi zmotywować się i  ruszyć na ratunek Morzom Wszetecznym.

Sięgając po cykl "Morza Wszeteczne" spodziewałam się lekkiej, młodzieżowej opowiastki. Szybko zostałam sprowadzona na ziemię za pomocą kilku siarczystych przekleństw. Cóż, w końcu trafiłam w centrum pirackiej przygody prawda? Marcin Mortka nie patyczkując się w stopniowe budowanie fabuły, wrzuca czytelnika prosto w centrum akcji i karze biec przez bombardowane miasto w sobie tylko znanym celu. Bez zastanowienia dałam się porwać opowieści, mając cichą nadzieję, że znajdę chwilę wytchnienia by sobie wszystko poukładać. Tempo nie zwalniało, a ja z coraz większą radością zaczytywałam się w tych szalonych przygodach i nagłych zwrotach akcji. Dodatkowo mocno zróżnicowani i charakterystyczni bohaterowie oraz spora doza dobrego humoru sprawiły, że czytanie tej serii było dla mnie czystą przyjemnością. Pierwszy tom jest utrzymany w formie dobrej, pirackiej komedii pomyłek. Drugi trochę zwalnia przeobrażając się w świetną, humorystyczną powieść nie tracąc jednocześnie na jakości. Zarówno kapitan Wywijas jak i jego kaprawa załoga skradli me serce w całości. W ten weekend miałam szczęście uczestniczyć w Coperniconie (toruńskim festiwalu fantastyki) gdzie brałam udział w spotkaniu autorskim z Marcinem Mortką. Dowiedziałam się, że 3 tom przygód Rolanda zbliża się ku ukończeniu. Jednak nie znamy ewentualnej daty wydania z powodów zawirowań wydawniczych. Pozostaje mi tylko mocno trzymać kciuki i czekać :)

Podsumowując. Cykl "Morza Wszeteczne" jest zabawną, lekką powieścią piracką. Idealnie nadaje się zarówno na letnie plażowanie, jak i jesienne smuteczki. Powinna zainteresować ciut starszą młodzież, ale także niejednego dorosłego.  Ze swojej strony gorąco polecam!

Zaczytanego poniedziałku :)
ZaBOOKowana

niedziela, 11 sierpnia 2019

"Gdzie jesteś, Bernadette?"- M. Semple



"Gdzie jesteś, Bernadette?"
Maria Semple
Tytuł oryginału: "Where'd you go, Bernadette?"
Tłumaczenie: Maciej Potulny
Wydanie I
Wydawnictwo Media Rodzina, Poznań 2014
ISBN:9788372789440










Po świetnej zabawie przy "Projekt Rosie" zaczęłam z uwagą przeglądać serię "Gorzka czekolada" wydawnictwa Media Rodzina. Tak też natrafiłam na "Gdzie jesteś, Bernadette?", o której jest głośno ze względu na zbliżającą się premierę ekranizacji (16.08.-w Polsce). Czemu nie? Wypożyczyłam, przysiadłam i dałam się porwać tej szaleńczej przygodzie.

Tytułowa Bernadette Fox jest niezbyt lubianą wśród sąsiadów, zamkniętą w sobie, tajemniczą kobietą. Do dziś w pewnych kręgach uważana za genialną rewolucjonistkę w dziedzinie architektury, lecz od lat nie tworzy.  Jest także (a przede wszystkim!) mamą i najlepszą przyjaciółką nastoletniej córki Bee. Dziewczyna w zamian za wzorowe wyniki w nauce zażądała rodzinnej wyprawy na Arktykę, a to wywołało istną lawinę niespodziewanych zdarzeń, podczas których Bernadette znika.

"Gdzie jesteś, Bernadette?" nie jest zwyczajną opowieścią. Napisana w nietypowej formie chronologicznego zbioru listów, maili, notatek i artykułów, uzupełnionych opowieściami Bee. Te z pozoru strzępki informacji świetnie się ze sobą zazębiają i uzupełniają tworząc dynamiczną, spójną  fabułę. Pozwalają także spojrzeć na poszczególne sytuacje z całkowicie odmiennych perspektyw. Samą Berbadette poznawałam stopniowo, głównie przez złośliwe plotki sąsiadek, częściowo przez pryzmat kochającej córki, zabieganego męża czy zachwyconych adeptów architektury. Zaledwie chwilę mogłam spojrzeć oczami samej Bernadette. Nie chcę zdradzić zbyt wielu szczegółów, ale powód tego interesującego zabiegu bardzo dobrze wyjaśnia sama fabuła. Tytułowa bohaterka stopniowo zyskiwała moją sympatię. Z początku tylko jako ekscentryczna nieznajoma, ale każda kolejna strona pozwala odkryć coraz więcej i zajrzeć coraz głębiej w jej życie. Im więcej o niej wiedziałam, tym bardziej skradała me serce. Choć akcja skupia się głównie w obrębie Bernadette, inni bohaterowie zostali skonstruowani z równą starannością, są nieszablonowi, dynamiczni i pełni. Lekka forma, doprawiona szklanką emocji, łyżeczką humoru i szczyptą goryczki świetnie wpasowała się w mój gust.

Film dopiero przede mną, ale powiem wam małą ciekawostkę. Gdy poznałam książkową Bernadette, wiedziałam, że jedyną aktorką, która mogłaby ją zagrać jest właśnie Cate Blanchett. To ona stała się twarzą głównej bohaterki w mojej wyobraźni. Ekscentryczność, zagubienie i pasja świetnie współgra z kreacjami Cate i chyba reżyser sam to zauważył. Postaram się nie stawiać zbyt wysoko poprzeczki dla tej ekranizacji, ale w wielką chęcią wybiorę się na nią do kina.

Podsumowując. "Gdzie jesteś, Bernadette?" jest lekką, ale nie płytką, słodko-gorzką opowieścią. Zamknięta w nietypowej formie, dynamiczna, spójna i przede wszystkim bardzo ciekawa. Moje serduszko już skradła, pora na Was ;) . Z ogromną przyjemnością przeczytałabym coś podobnego. Jeśli znacie ciekawe tytuły, podrzućcie mi kilka, a chętnie skorzystam :). Ze swojej strony daję mocne 8/10 i polecam!!! A tymczasem nie mogę się doczekać wypadu do kina ;)

Słonecznego popołudnia
ZaBOOKowana

wtorek, 30 lipca 2019

"Project Rosie"- G. Simsion


"Project Rosie"
Graeme Simsion
Tytuł oryginalny: "The Rosie Project"
Tłumaczenie: Maciej Potulny
Wydanie I
Wydawnictwo Media Rodzina, Poznań 2013
ISBN: 9788372788061


nr 35 na liście "Książek przesłuchanych w 2019 r."

dodatkowa pozycja z wyzwania: "10 książek, które chciałam przeczytać ale nie było kiedy"






"Project Rosie" trafił w moje ręce całkiem przypadkiem. Dostałam go ładnych parę lat temu i przeleżał na półce, aż do dziś. Zazwyczaj kręcę nosem na komedie romantyczne czy romanse, ale czułam, że tę pozycję muszę poznać. Czy intuicja i tym razem mnie nie zawiodła? Zobaczcie sami :)

Głównym bohaterem jest Don Tillman- prawie 40 letni, uporządkowany do granic możliwości mężczyzna. Jego życie jest przewidywalne, jadłospis stały na każdy dzień tygodnia, a plan dnia spisany co do minuty. Do szeroko pojętego dobrostanu brakuje mu tylko... kobiety. Wdraża więc projekt "Żona" selekcjonując potencjalne partnerki za pomocą szesnastostronicowego kwestionariusza. Niepaląca, abstynentka, wykształcona i przede wszystkim nie może się spóźniać! Pewnego dnia w jego życie wkracza Rosie (paląca, pijąca, a do tego niepunktualna!) i prosi o pomoc w znalezieniu biologicznego ojca. Wdrażają zatem projekt "Ojciec", który wprowadza coraz większe zamieszanie w życie Dona. Cykl o Donie Tillmanie składający się z 3 części jest niesztampową komedią romantyczną. Dziś opowiem o pierwszym tomie, a za kolejne mam zamiar się zabrać jeszcze w tym roku :)

Nie będę owijać w bawełnę! Don Tillman skradł moje serce już w pierwszych stronicach książki. Jest "Aspergikiem" (niezdiagnozowanym), a jego poukładane, zaplanowane w najmniejszych szczegółach życie i upośledzenie funkcji społecznych sprawiło, że stał się bohaterem niezwykle uroczym. Gdy do jego życia weszła Rosie burząc ogólny ład i porządek, z uwielbieniem patrzyłam jak nieporadnie miota się i stara ratować co tylko się da. Pierwszoosobowa narracja pozwalała mi spojrzeć na świat oczami Dona. Zobaczyłam rzeczywistość czysto logiczną, z okrojonym odbiorem emocji i zachowań społecznych. To co dla mnie wydawało się normalne, Don rozkładał na czynniki pierwsze i analizował, gubiąc się w zawiłości ludzkich intencji i norm. Niesamowite doświadczenie! Doceniam także złożoność i dynamikę wszystkich postaci. Autor zadbał o autentyzm odbioru tworząc pełnowymiarowych, inteligentnych, plastycznych i kompletnych bohaterów. Brawo! Sama akcja płynie wartko, dodatkowo okraszona błyskotliwym humorem oraz trafnymi uwagami w psychologicznymi w aspektach kontaktów damsko-męskich sprawiła, że czytałam tę niepozorną książkę z czystą przyjemnością.

Jak wiecie nie przepadam za romansidłami i komediami romantycznymi, więc co sprawiło, że "Project Rosie" jest wyjątkowy? Po pierwsze: historia ta jest w dużej mierze odarta z romantyczności i ckliwości. Don twardo stąpa po ziemi, a Rosie jest zbyt bystra by dać się porwać miłosnym uniesieniom. To jest to! Po drugie: w sposób przystępny, lekki lecz nie trywialny przedstawia psychologiczne aspekty relacji damsko-męskich. Po trzecie: emanuje inteligentnym i niewymuszonym poczuciem humoru. To wszystko oraz zgrabne ujęcie rzeczywistości przez pryzmat syndromu Aspergera sprawia, że historia ta jest niesztampowa, emocjonująca i nie sposób się od niej oderwać. Ze swojej strony daję 8/10 i polecam :)

Spokojnej nocy :)
ZaBOOKowana

piątek, 5 lipca 2019

"Krok po kroku. Z Ziemi Ognistej na Alaskę"- M. Woroch




"Krok po kroku. Z Ziemi Ognistej na Alaskę"
Michał Woroch
Wydanie I
Janowiec Wielkopolski 2019 r.
ISBN: 9788395327704




nr 25 na liście "Książek przeczytanych w 2019 r."






"Niekiedy to ja jechałem w stronę krawędzi i patrzyłem w bezruchu na horyzont. To piękne tak patrzeć, przez moment wydaje się, ze bezmiar jest na wyciągnięcie ręki. Można patrzeć godzinami, jak po niebie suną chmury, a morze mieni się srebrnymi błyskami. Raz, kiedy tak siedziałem, Maciej zrobił mi zdjęcie.(...) Oglądam je: mały, nieporadny człowiek i ogrom przestrzeni w jednej chwili, w której strzela migawka, są jednym i tym samym."
~ Michał Woroch, "Krok po kroku. Z Ziemi Ognistej na Alaskę"


Słyszeliście może o podróżniczych projektach Wheelchairtrip? Od dawna śledzę poczynania chłopców z wielkim zacięciem, więc gdy tylko doszły mnie słuchy, że Michał pisze książkę, wiedziałam, że muszę, MUSZĘ ją przeczytać i Wam o niej opowiedzieć :)

Żeby najlepiej zobrazować czym jest Wheelchairtrip pozwolę sobie wstawić poniżej film promujący ostatnią podróż :)


Źródło: http://wheelchairtrip.com/index.htmlhttps://vimeo.com/140542662


"W drodze trud ekspedycji i trud życia na wózku stają się jednym. Nie ma miejsca na chorobę, zamiast niej jest tylko kolejność wykonywanych czynności i kalejdoskop wrażeń, który sprawia, że udaje się zapomnieć o całej reszcie."
~Michał Woroch


"Krok po kroku" to relacja z niezwykłej wyprawy dwojga niepełnosprawnych przyjaciół, poruszających się na wózkach. Przystosowanym do własnych potrzeb autem, samodzielnie, przemierzają trasę wiodącą wzdłuż zachodnich wybrzeży obu Ameryk.  Przygoda zaczyna się w Buenos Aires, biegnie przez najbardziej wysuniętą na południe osadę Ushuaia, a później na północ ku Prudhoe Bay w północnej Alasce. Książka ta jest nie tylko opisem ponad rocznej wędrówki, ale także opowieścią o kolejach życia, drodze do celu, przesuwaniu własnego horyzontu, próbą zrozumienia siebie, przełamania strachu i pogodzenia z własną niepełnosprawnością.

Kiedy kilka lat temu panowie wyruszali na wyprawę, mocno trzymałam za nich kciuki. Dwoje "wózkowiczów" w dostosowanym do swoich potrzeb defenderze, przemierzających samotnie obie Ameryki. Pomysł wydawał się odważny, ryzykowny, może nieco szalony, co skłaniało wiele osób do zwątpienia. Co w przypadku awarii? Napadu? Problemów zdrowotnych? Dziś wiemy, że mimo wielu przeciwności losu i usterek, udało się! A panowie zdobyli wiele zasłużonych nagród, między innymi Travelery 2018 w kategorii Podróż Roku oraz trofeum im. Andrzeja Zawady przyznawanej przez Kapitułę Kolosów.
W internecie krąży wiele ciekawych relacji i wywiadów dotyczących Wheelchairtrip II. "Krok po kroku." pozwala spojrzeć na tę wyprawę z innej perspektywy, bardziej osobistej i emocjonalnej. Autor stworzył okno, dzięki któremu czytelnik obserwuje przygotowania i podróż jego oczami, przez pryzmat jego odczuć i ograniczeń. Sporym atutem jest także przyjemny styl zawierający dużą dozę dystansu do świata, pokory i szczerości. Michał nie koloryzuje, przedstawia świat taki jaki jest, z wszystkimi jego zaletami i wadami, a uczciwość ta skłania czytelnika do wielu refleksji.

Debiut pisarski Michała Worocha skradł moje serce. Pokora i szczerość przekazu w dużej mierze przyćmiewa niewielkie potknięcia techniczne autora. Nie jest to książka wybitna, ale taka, którą warto poznać! Aktualnie panowie przygotowują się do swojej trzeciej wyprawy wzdłuż Himalajów, która planowana jest na przyszły rok. Trzymam za nich mocno kciuki, by wszystko się udało, a tymczasem ze swojej strony daję 8/10 i ogromnie polecam!


"Gdy wyruszy się w pierwszą podróż, trudno jest ją tak naprawdę zakończyć, dojść do celu i wrócić z powrotem. Raz rozpoczęta droga nigdy się nie kończy. Każda kolejna wydaje się kontynuacją poprzedniej, każdy powrót do domu jest tylko stanem przejściowym, jest czasem przygotowań do kolejnej wędrówki. Być może zawsze jest się na szlaku, bez względu na wszystko."
~Michał Woroch

Pozdrawiam
ZaBOOKowana

PS. Książkę można nabyć pod adresem:
https://rayo4x4.pl/product-pol-6403-KROK-PO-KROKU-Michal-Woroch.html

wtorek, 2 lipca 2019

"Żyj i pozwól żyć" - H. Groen


"Żyj i pozwól żyć"
Hendrik Groen
Tytuł oryginalny: "Leven en laten leven"
Tłumaczenie: Ryszard Truczyn
Wydanie I
Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2019
ISBN: 9788381255721


nr 34 na liście "Książek przeczytanych w 2019 r."









Dziś przychodzę do Was z pachnącą jeszcze świeżym drukiem nowością. Gdy tylko wypatrzyłam w zapowiedziach nazwisko Hendrika Groena wiedziałam, że muszę ją mieć. Nie czytając opisu, z góry założyłam, że będzie to kontynuacja poprzednich powieści, które tak ukochałam. Błąd! Otóż w moich dłoniach znalazła się całkiem nowa powieść tego autora. Nie zmniejszyło to mojego zapału i pochłonęłam ją bardzo szybko. Czy autorowi udało się utrzymać poziom? Zobaczcie sami :) 


"Żyj i pozwól żyć" osadzone jest w czasach współczesnych, w holenderskim miasteczku Purmerend. Główny bohater- Artur Ophof jest zwyczajnym, niezauważanym, zbliżającym się do pięćdziesiątki mężczyzną. Ma nudną pracę, do której od wielu lat dojeżdża w długaśnych korkach i żonę, z którą niewiele go już łączy. Tylko piątkowe spotkania golfowe z przyjaciółmi wprowadzają trochę życia do jego szarej egzystencji. Coraz częściej nachodzi go poczucie, że czas ucieka, a on tkwi w jednym miejscu. Tylko co zrobić by zacząć żyć na nowo? A może wystarczy tylko przestać żyć... po staremu ;)?


Powiem wprost: ta niepozorna książka jest świetna! "Żyj i pozwól żyć" to całkiem nowa historia, jednak napisana tym samym lekkim, humorystycznym stylem doprawionym ironią i sarkazmem. To właśnie ten smaczek sprawia, że gagi sytuacyjne czy zabawne uwagi odnośnie rzeczywistości nabierają drugiego (trochę gorzkiego) dna. Dzienniki Hendrika Groena dotykały trudnych tematów starości, godności i umierania, a "Żyj i pozwól żyć" odnosi się do życiowych wyborów i ewolucji związków. Jest może nieco lżejsze w odbiorze, ale skłania do rozważań czy nasze życie wygląda tak jak tego chcieliśmy, czy osoba obok nas to wciąż ten sam partner, którego tak kochaliśmy. Narracja pierwszoosobowa jednocześnie prowadzona dwutorowo, pozwala spojrzeć na codzienność oczami Artura, jak i jego żony. Także w tym wypadku sprawdza się powiedzenie, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Zmiana perspektywy pozwalała mi lepiej zrozumieć pobudki obojga z nich. 

Bohaterów poznawałam jakby w biegu. Z początku nie wiedziałam jak wyglądają, co lubią, jacy są. Dopiero codzienność pomału odkrywała ich charaktery. Czułam się jakbym poznawała żywych ludzi, a nie fikcyjne postaci i to według mnie duży plus!  Artura polubiłam od początku. Ten zamknięty w codzienności mężczyzna tak bardzo pragnący żyć pełną piersią, a do tego zabawny, uszczypliwy i błyskotliwy przypadł mi do gustu (choć jego zwariowane decyzje nie za bardzo). Sama fabuła płynie wartko i zanim się spostrzegłam, zostałam wciągnięta w nią bez reszty i nie potrafiłam się od niej oderwać.

Gdybym miała porównać "Żyj i pozwól żyć" do poprzednich powieści autora, to książka ta jest w niewielkim stopniu słabsza. Mimo to, moim zdaniem, nadal trzyma wysoki poziom i świetnie obrazuje charakterystyczny styl autora. Z pozoru zabawna i błaha, celnymi spostrzeżeniami zwraca uwagę czytelnika na sprawy głębsze. Mnie oczarowała, spędziłam z nią cudowny czas i z całego rozkochanego serca polecam :)  Ze swojej strony daję solidne 8/10 i jeszcze bardziej polecam ;) 



Spokojnej nocy
ZaBOOKowana



czwartek, 27 czerwca 2019

Zawirowania i wielki come back ;)

Wiem, wiem... Zaniedbałam bardzo bloga i Was, moi mili. Ostatni post wstawiłam pod koniec kwietnia(co?! już tyle czasu minęło?!) i słuch o mnie zaginął. Chciałabym Was za to bardzo przeprosić i ciut się wytłumaczyć :). 



Kwiecień zleciał mi na organizowaniu własnego zamążpójścia. Spodziewałam się wielu komplikacji i mało papierkowej roboty, a wyszło odwrotnie, z czego ostatecznie byłam zadowolona :). Sam  maj składał się głównie z ogromnej mobilizacji, świetnej zabawy i długiego odsypiania. Ceremonia była nie z tej ziemi (mieliśmy własnego Vadera! :D ) nie zabrakło mocy przez cały wieczór, a nawet i kolejny dzień :). To było jak skok w przestrzeń międzygwiezdną Sokołem Millenium bez pasów ;) 



Gdy udało mi się zsiąść z ślubnego rollercoaster'a , z miejsca wpadłam po uszy w szykowanie się do corocznej wyprawy w Tatry. Tym razem czekały na mnie warunki zimowe (jak się okazało w wersji mikro ;) ), na które nie byłam przygotowana. Zakupiłam sprzęt, zaimpregnowałam buty, wytargałam torbę i wsadziłam nos podręczniki o trekkingu zimowym. Na miejscu okazało się, że z tej zimy to zostały 3 połacie śniegu na szlaku, ale radocha z ulepienia własnego bałwanka pod koniec czerwca była bezcenna. Jak sami wiecie, góry są dla mnie wyjątkowym miejscem. Dzięki temu krótkiemu wypadowi, udało mi się naładować wewnętrzne baterie po same kokardki. Teraz, na nizinach, pełna energii i motywacji zabieram się za odświeżenie zaniedbanych rzeczy.




Mimo nawału spraw, nie próżnowałam :) Każda wolną chwilę spędzałam relaksując się przy książce, a te bardziej zajęte spędzałam zasłuchana w audiobooki. Obecnie mam za sobą 59 pozycji, z czego 29 to audiobooki, a 30 książki przeczytane (papier i e-book). Poznałam ogrom niesamowitych historii, odkryłam nowych, nietuzinkowych autorów, wróciłam do opowieści z dzieciństwa i zasmakowałam nowych gatunków. Tak bardzo chcę się z Wami podzielić tym ogromem wrażeń! Obiecuję, że od jutra ostro zabieram się do pracy i postaram się opowiedzieć Wam, o co smaczniejszych kąskach literackich  ;)

Pozdrawiam
ZaBOOKowana :)