piątek, 26 października 2018

Wiara- A. Kańtoch



"Raz, dwa, wilkołak już ich ma.
Trzy, cztery, brat zginął od siekiery,
Pięć, sześć, mamę zabił i chciał zjeść,

Siedem, osiem, siostrze mózg wypłynął nosem."

~Anna Kańtoch, "Wiara"



Po Wiarę sięgnęłam oczarowana jeszcze Łaską czyli kawał czasu temu. Wiem, wiem... wstyd, że za ten wpis zabieram się dopiero teraz, ale mam nadzieję, że wybaczycie mi ten poślizg ;)

Anna Kańtoch znów swym magicznym piórem przenosi czytelnika do mrocznej wsi w latach 80tych, gdzie życie toczy się swoim torem. Jest leniwe, upalne lato, a gdzieś na skraju miejscowości grupa hipisów protestuje przeciwko budowie elektrowni jądrowej. Wszystko się zmienia, gdy na nasypie kolejowym młody proboszcz znajduje zwłoki eleganckiej, młodej kobiety. Śledztwo, które prowadzi wezwany do Rokitnicy kapitan Witczak, idzie dość opornie.  Miejscowi niechętnie dzielą się tajemnicami, nie chcą wywoływać duchów przeszłości. Młody ksiądz zaczyna zgłębiać tajemnice własnej parafii i natrafia na ścianę milczenia. Czyżby pogłoski o przeklętej parafii miały w sobie ziarno prawdy? Kto postawił przed laty krzyż przy torach i dlaczego zostawia przy nim świeże kwiaty?

Oj jak ja uwielbiam ten charakterystyczny, ciężki i mroczny klimat, jaki konsekwentnie charakteryzuje Annę Kańtoch. I tym razem dałam się nim otoczyć i przenieść do niewielkiej Rokitnicy, gdzie rozgrywa się akcja książki. Ta wszechogarniająca, klaustrofobiczna, małomiasteczkowa aura sprawiła, że natychmiast na równi z kapitanem Wolińskim i młodym proboszczem rozpoczęłam własne śledztwo. Rozgrzebywałam dawne tajemnice, szukałam rozwiązań i przyglądałam się podejrzliwie każdemu z osobna. Czułam jak autorka bawi się ze mną w kotka i myszkę podsuwając następnych podejrzanych i kolejne rozwiązania. Co chwilę, tak jak bohaterowie, natrafiałam na ściany milczenia i wciąż powtarzające się zdanie "Zło przyjdzie ze wschodu...", zamykające większość dróg informacji. Czułam się jak ryba w wodzie, mój umysł pracował na zwiększonych obrotach, a głód wiedzy napędzał do działania i analizy. Co ciekawe bardziej od identyfikacji mordercy i jego motywu, zależało mi na poznaniu samej tajemnicy, przez którą wszyscy nabierali wody w usta. Fabuła snuje się niespiesznie, jednocześnie można wyraźnie odczuć jak napięcie rośnie i atmosfera z każdą stroną zagęszcza się. Same postaci są wykreowane dość szablonowo: przyjezdny, ekscentryczny kapitan Woliński, ambitna milicjantka Hanka, paru bardziej gapowatych stróżów prawa, nietrzeźwi robotnicy czy dociekliwy młody proboszcz. Nie dajcie się jednak zwieźć, autorka owija bohaterów swym niesamowicie stworzonym klimatem i ze swoistym kunsztem tworzy nietuzinkową powieść kryminalną, która chwilami wywołuje ciarki na plecach. Dodatkowo daję z mojej strony ogromny plus za nieprzewidywalność zakończenia. Muszę się Wam przyznać, że choć bardzo chciałam i ze wszystkich sił starałam się samodzielnie poznać prawdę, to poniosłam klęskę. Ogromne chapeau ba w stronę autorki.

Moi drodzy, jeśli szukacie mrocznego, nieszablonowego kryminału polecam Annę Kańtoch. Łaska zrobiła na mnie duże wrażenie, ale Wiara przeszła wszelkie oczekiwania. Z mojej strony daję 9/10 i gorąco polecam!

Niebawem, bo w listopadzie Anna Kańtoch kończy swą kolejną powieść kryminalną o tytule Pokuta. Już zacieram ręce na samą myśl o przyszłorocznej premierze, a Wy? ;)

Miłego wieczorku
ZaBOOKowana

środa, 3 października 2018

Cykl: Autostopem Przez Galaktykę- D. Adams


"Planeta ta ma - a raczej miała - pewien problem polegający na tym, że większość mieszkających na niej ludzi była przez większość czasu nieszczęśliwa. Proponowano wiele rozwiązań tego problemu, ale prawie każde z nich opierało się głównie na ruchach małych, zielonych papierków, co jest dosyć dziwne, bo w końcu to nie małe, zielone papierki były nieszczęśliwe." 
~Douglas Adams, "Autostopem Przez Galaktykę"

Wstyd przyznać, ale nigdy wcześniej nie czytałam cyklu Autostopem Przez Galaktykę, chociaż tytuł wielokrotnie przewijał się w moim otoczeniu. Na początku wakacji (tak wiem, mam poważne zaległości w pisaniu do Was, wybaczcie) odwiedzałam koleżankę w bibliotece i jak to zwykle bywa, podczas ploteczek, przechadzałam się i poszukiwałam ciekawych pozycji. Natrafiłam na nowe, intrygujące wydanie powieści Adamsa i pewnego dojrzałego czytelnika, który zdziwiony zapytał zdziwiony:"To ktoś jeszcze czyta Adamsa? Boże... jakie to było chore i pokręcone! Będzie się Pani dobrze bawić.🤣" i to przesądziło sprawę. Wiedziałam, że nadszedł czas na tę międzyplanetarną podróż.

Cykl Autostopem Przez Galaktykę składa się z 6 tomów: głównej trylogii oraz 3 historii będących  dalszymi losami bohaterów. Ostatnia część: I jeszcze jedno... została napisana przez pisarza Eoina Colfera we współpracy z wdową po Douglasie Adamsie, Jane Belson i jest tomem, z którego świadomie zrezygnowałam, pozostając przy piórze samego Adamsa. Cykl opowiada o losach zwykłego, szarego ziemianina- Artura Denta, który w jednej chwili dowiaduje się, że ktoś kogo uznawał za (coś na kształt) przyjaciela, ziemianinem nie jest, a rodzima planeta za chwilę przestanie istnieć. Dlaczego? Ponieważ jest zbędnym obiektem na trasie planowanej autostrady międzygalaktycznej. Artur w mgnieniu oka zostaje wepchnięty w największą, najbardziej zwariowaną przygodę swego życia i to w szlafroku, piżamie i kapciach, ale najważniejsze, że z ręcznikiem!

Już od pierwszych chwil poczułam, że koniecznie muszę przeczytać wszystkie części cyklu. Mój ulubiony poziom absurdu, niesamowicie wartka akcja i charakterystyczne postaci sprawiły, że poczułam się jak na rollercoasterze. Od początku razem z Arturem zostałam wrzucona (tak jest, wrzucona!) do szaleńczej międzygalaktycznej przygody, by po chwili stracić całkowicie orientację co do miejsca, czasu, pionu czy poziomu. Nic tu nie jest takie jak być powinno, a wszystko co znajome, zostało podważone, przeinaczone i wywrócone na lewą stronę. Fabuła pędzi na przełaj ciskając bohaterami na prawo i lewo, wrzucając i wyrywając z kolejnych miejsc czy tarapatów, by za chwilę wpakować ich w jeszcze większe. Ilość zwrotów akcji, jej przewrotów, zakrętów i zawijasów jest niezliczona, wszelkie stereotypy, zależności czy zasady logiki bezceremonialnie łamane, jednocześnie układając się w niesamowitą i wciągającą historię. Wow! Podczas czytania często przystawałam na chwilę pytając w głos :"Co?! Jak?!" i z jeszcze większym zapałem wracałam do lektury. Choć na pozór opowieść wydaje się tylko humorystyczna wariacją, to znajdują się w niej ciekawe nawiązania, stereotypy czy przeinaczenia i mój umysł musiał się porządnie nagimnastykować, by nadążyć nad akcją i jednocześnie wyłapać wszelkie zawiłości wątków.
Choć w oczy rzuca się "płaskość" i schematyczność bohaterów, to w nawale wydarzeń nie raziła ona zbyt mocno. Artur jak był nieudacznikiem takim też pozostał, a wszelkie próby przeciwstawiania się zostawały szybko i skutecznie gaszone przez rzeczywistość. Ford- lekkoduch i istota impulsywna, wciąż taki pozostawał. Mimo to, moim zdaniem, ta szablonowość dobrze wkomponowuje się w odbiór całego utworu nadając mu błahości i lekkości.

Ciekawa jest także geneza powstania cyklu i jego rozwój. Douglas Adams w młodości, będąc pod wpływem zapewne alkoholu, leżał na trawie, spoglądał w gwiazdy i rozmyślał, jak to fajnie  byłoby wystawić kciuk i zamiast do sąsiedniego miasta, wybrać się autostopem na inną planetę lub zwiedzić  obcą galaktykę. Tak powstał pomysł, który początkowo zaowocował pod postacią serialu radiowego Autostopem Przez Galaktykę, by w 1979 roku przywdziać formę papierową, a dwa lata później także serialu telewizyjnego. Popularność słuchowiska i książki spowodowała rozrost pomysłu do (jak to mawiał autor) pięciotomowej trylogii. Historia powstania utworu idealnie komponuje się z jego charakterem i wydźwiękiem dając czytelnikowi coś na kształt Świata Dysku i Monty Pythona osadzone w przestrzeni międzygalaktycznej.

Moi drodzy, ogromnie się cieszę, że wygrzebałam z meandrów zapomnienia Autostopem Przez Galaktykę i Wam też ją polecam. Ta ponadczasowa, zaskakująca, sensowna abstrakcja doprawiona odpowiednią dawką humoru, nie bez przyczyny wpisała się w kanon fantastyki i s-f. Gwarantuję, że tej podróży szybko nie zapomnicie, a wspomnienia po niej pozostaną na długo, barwne i żywe. Ze swojej strony mogę zagwarantować, że niebawem cały cykl w nowym wydaniu zadomowi się na mojej półce i będę do niego wracać często. Daję 9/10 i polecam!

"Teraz proszę uprzejmie zwariować."
~Douglas Adams, "W zasadzie niegroźna" 

Przyjemnego jesiennego wieczorku
ZaBOOKowana

PS. Dziękuję Panu, Panie Czytelniku! Miał Pan całkowitą rację, to było chore i pokręcone, ale... bawiłam się świetnie :) ! 

środa, 26 września 2018

Ostatnie Rozdanie- W. Myśliwski



" Inna sprawa, że po tych iluś tam próbach i ciągłym przeglądaniu tych imion, nazwisk, adresów, telefonów, chociażby z powodu jednego nazwiska, wydawało mi się, że zaczyna się z nich wyłaniać jakiś ogólny obraz mojego życia. Bezkształtny, to prawda. Ale czy mógłby być inny, czy życie wystarczy wypełnić czyimiś imionami, nazwiskami, adresami i telefonami, aby można się w nim odnaleźć? W tych wszystkich fragmentach, przypadkowych, niespodziewanych, nieprzystających do siebie, jak nie przystaje dzień do dnia, zdarzenie do zdarzenia czy słowa do myśli, do wyobrażeń, do uczuć, do snów, a nawet słowa do słów, wzajemnie sprzecznych, nieprzyjaznych często wobec siebie, które żadnemu porządkowi nie chcą ulec, krążą w nas jakby po osobnych orbitach, a naszą nad nimi nadrzędność możemy porównać do nadrzędności naszego ciała, na przykład nad sercem, wątrobą czy żołądkiem, niezależnymi przecież od nas. Tak że jesteśmy, podobnie jak ten mój notes, jak gdyby opasani gumą, która ma tę właściwość, że czasami pęka."
~Wiesław Myśliwski, "Ostatnie rozdanie"


Tak trudno zdystansować się i zamknąć ten ogrom przekazu w krótkiej recenzji, więc pozwólcie, że nie będzie to zwykła opinia, tylko mój zbiór subiektywnych myśli i odczuć jakie zakiełkowały po przeczytaniu Ostatniego Rozdania. Postaram się jak najtrafniej oddać co mi w duszy gra ;). Wraz z początkiem sierpnia, nabrałam apetytu na coś.. hmm... coś innego. Chciałam się zatrzymać i zmusić umysł do myślenia innymi kategoriami niż zazwyczaj, a do tego idealnie nadaje się twórczość Wiesława Myśliwskiego. Dodatkowym motywatorem był fakt iż jedna z wytycznych mego tegorocznego wyzwania uparcie wskazuje powieść jego autorstwa. Czy po zachwycie jaki we mnie wzbudził Widnokrąg mogłam liczyć na utrzymanie poziomu? Sami zobaczcie :) 

Ostatnie Rozdanie przedstawia zmagania dojrzałego mężczyzny z jego prywatnym notesem. Chce on wprowadzić ład, usunąć nieaktualne dane, wyłonić z pamięci twarze i przypisać je do nazwisk... Ale czy tak naprawdę chodzi tylko o notes? W tym monologu anonimowy bohater porusza trudne kwestie wyborów, pamięci, kształtowania się przez lata i doświadczenia, a także usiłuje podsumować własne życie. Mamy tu do czynienia z powieścią totalną, wychodząca poza ramy, dotykającą tajemnicy bytu, zarówno filozoficzną i wielowymiarową, lecz klarowną w odbiorze. 

Biorąc do ręki kolejną powieść Myśliwskiego wiedziałam na co się porywam, więc dałam sobie czas. Duuużo czasu. Rozpoczęłam ją niemalże na początku sierpnia, a skończyłam kilka dni temu, spokojnie delektując się każdą stroną. Czasem przystawałam, porzucałam ją, by dojrzeć do następnych rozdziałów. Rozsmakowywałam się w tym charakterystycznym, niespiesznym rytmie, by nie wiedzieć kiedy, całkowicie wtopić się w opowieść i dać się jej uwieźć bez reszty. Czytając Traktat o Łuskaniu Fasoli stałam się bezpośrednim odbiorcą. W przypadku Widnokręgu dryfowałam niespiesznym brzegiem rzeki przyglądając się fragmentom czyjegoś życia  należącym do przeszłości, teraźniejszości, przyszłości, nie mając punktu zaczepienia czasu i miejsca w rzeczywistości. Tym razem doświadczyłam czegoś innego. Czułam się jakbym słuchała poufnych zwierzeń dojrzałego mężczyzny, który chce dokonać rachunku sumienia i podsumować swoje życie. Rozkłada je na części pragnąc odnaleźć w nim sens, cel i ocenić, po raz kolejny własne decyzje. Co ciekawe nie byłam tylko widzem. Wszelkie słowa bohater kierował do mnie, chwilami wręcz starał się usprawiedliwić, wyjaśnić pewne decyzje, przede mną, ale jednocześnie wiedziałam, że nie oczekuje ode mnie żadnej reakcji, ani potępienia, ani pocieszenia. Nie potrafiłam zdystansować się i zostałam wchłonięta przez tę jego intymną spowiedź i uczucia z nią związane. Każdy list od Marii szarpał moimi emocjami, czułam smutek jego i choć dobrze maskowane, także rozżalenie. Miałam wrażenie, że bohater nie do końca godzi się z życiem jakie wybrał, lecz wie, że zmienić nic już nie można, więc trwa.

Wiesław Myśliwski po raz kolejny w pięknym stylu snuł historię zwykłego życia, uwodząc swą niespiesznością, prostotą i wielowymiarowością. Przypominał jak ważne są rzeczy małe, gesty, ludzie, czyny. Jednak największe wrażenie zrobił na mnie fragment:

"Tak naprawdę umarli pracują na nas do końca naszych dni, a umierają dopiero wraz z nami. Potrzebujemy nieustannie ich obecności, aby nas dręczyli, czy, lepiej, darzyli tym najtrudniejszym dla człowieka doświadczeniem, które jest dopiero przed nim, bliżej, dalej, lecz nie do uniknięcia, jako że poprzez ich śmierć uczymy się i własnego umierania."

Nigdy wcześniej nie zastanawiałam się jak wielki wpływ na nasze życie mają inni, ci obecni oraz ci, którzy odeszli. Czy można zwyczajnie wymazać kogoś, skreślić lub nie przepisać? Jakie mamy prawo wybrać kto był ważniejszy, a kto zbędny? Czy możemy uznać, że jesteśmy kogoś niegodni? Czy los nie jest tylko zbiorem napotkanych przez nas ludzi i ich doświadczeń? I najważniejsze: co zostawiłam po sobie w życiach innych ludzi? Te i wiele innych pytań kłębiły mi się po głowie i zostały do dziś. Ogromnie przykro mi było żegnać się z tą historią, lecz musiałam dać jej odpłynąć.

Moi drodzy, Wiesław Myśliwski po raz kolejny udowodnił, że siła tkwi w prostocie, a oprawiając ją swym wybitnym stylem, dał czytelnikowi wyjątkową powieść pełną uniwersalnych praw i prawd o świecie i ludzkiej egzystencji. Udowodnił także, że powieści filozoficzne nie muszą być ciężkie i trudne, a wręcz mogą porwać czytelnika w interesującą, powolną, eteryczną podróż do wnętrza ludzkiej duszy. Od siebie daję stanowcze 10/10 i gorąco polecam!

Miłego dnia
ZaBOOKowana

wtorek, 11 września 2018

Cykl: Dwór Cierni i Róż- S. J. Maas


 
"Night Triumphant- and the Stars Eternal."
~Sarah. J. Maas, Dwór Skrzydeł i Zguby 


Już od dawna napotykałam bardzo pozytywne recenzje cyklu Dwór Cierni i Róż- S. J. Maas. Okładka i opis kusiły, autorka była mi nieznana, więc nie do końca wiedziałam czego się spodziewać, ale postanowiłam zakupić całą trylogię. Czy to był dobry wybór?

Cykl umiejscowiony jest w całkowicie wykreowanym, fantastycznym świecie rozdzielonym na 2 części: ziemie ludzi i Prythian- magiczną krainę. Główną bohaterką jest 19 letnia Feyre- łowczyni, polująca by utrzymać rodzinę. Pewnej zimy, w pobliżu Muru dziewczyna zabija ogromnego wilka, nie wie, że pod tą zwierzęcą postacią skrywał się
faerie, wysłannik Dworu Wiosny. Wkrótce w drzwiach jej chaty staje pochodzący z Wysokiego Rodu Tamlin, w postaci złowrogiej bestii, żądając rekompensaty za ten czyn. Feyre musi wybrać – albo zginie w nierównej walce, albo uda się razem z Tamlinem do Prythian i spędzi tam resztę swoich dni. Pozornie dzieli ich wszystko – wiek, pochodzenie, ale przede wszystkim nienawiść, która przez wieki narosła między ich rasami. Jednak tak naprawdę są do siebie podobni o wiele bardziej, niż im się wydaje... 

Sięgając po Dwór... spodziewałam się lekkiej, wartkiej, młodzieżowej powieści fantastycznej z zabarwieniem romantycznym. Pierwszy tom, reklamowany jako nowa odsłona baśni o Pięknej i Bestii utwierdzał mnie w tym, żebym nie oczekiwała zbyt wiele. Zdziwienie moje było coraz większe, gdy pojęłam, że wraz z kolejnymi rozdziałami coraz trudniej mi się oderwać od fabuły. Wartka akcja, lekki humor i umiejętne budowanie napięcia stopniowo wchłaniały mnie bez reszty. Wciąż chciałam wiedzieć co dalej, i dalej, i dalej... Jednak nie to jest głównym atutem cyklu, ponieważ największe wrażenie zrobili na mnie bohaterowie. Są dynamiczni, silni, mocno zarysowani, czyli tacy jak lubię najbardziej-realni. Silna postać kobieca, która zarówno potrafi skopać tyłki, jak i poświecić wiele dla sprawy, umie brać sprawy w swoje ręce i tym zyskała mój szacunek. Tamlin natomiast, robiący wszystko jak należy i starający się zadowolić wszystkich, już trochę mniej. Jednak serce me skradł swą postawą, ekspansywnością, dynamicznością nikt inny jak Rhysand. Tak bardzo przypomina mi swym obyciem Deana z serialu Supernatural(którego swoją drogą uwielbiam!!!), że nie mogłam, nie stracić dla niego głowy ;) Ale już cicho sza! Nic więcej nie mówię, by nie spoilerować.
Kolejnym atutem jest, moim zdaniem, bardzo solidnie zbudowany świat przedstawiony. Kompletny, posiadający swoją historię, wierzenia, zróżnicowanie rasowe i kulturowe. Widać, że autorka sporo pracowała nad zbudowaniem porządnego uniwersum, które można w przyszłości wykorzystać wielokrotnie w kolejnych powieściach.

Wszystko pięknie, wszystko ładnie, ale Dwór... ma też poważny minus. Otóż mniej więcej od 2 tomu pojawiają się nieszczęsne sceny miłosne, a raczej erotyczne. Przyznam, że przygotowałam się bardziej na romantyczne westchnienia, a nie na dość szczegółowe relacje anatomiczne ze stosunków między bohaterami. Ehh... w ten sposób autorka skutecznie gasiła namiętność z jaką tropiłam fabułę. Wyobraźcie sobie moment, gdy z wypiekami na twarzy śledzę losy Prythianu i myślę wciąż "co dalej?", a tu soczysty opis kto, komu ile włożył i gdzie. "No heloł!" działało to na mnie jak kubeł zimnej wody i studził zapał do czytania. Czasem nawet zastanawiałam się co ja czytam, porno z wciągająca fabułą czy jednak fantastykę o zabarwieniu erotycznym. Zwłaszcza, że dla akcji ważniejsze były relacje emocjonalne, iż same akty. Na szczęście nie ma ich w książce za wiele.
 Ciekawostką jest też nierówność jakościowa tomów. Pierwszy można porównać do baśni dla nieco starszych odbiorców, drugi zaczyna się mdle i nijak, co sprawiło, że chciałam porzucić czytanie, jednak z czasem nabiera mroczności i nadaje się już dla pełnoletnich czytelników, natomiast trzeci jest moim zdaniem najlepszy. Tworzy swoiste zwieńczenie całej historii, zawiera masę intryg, zwrotów i wzrastającego napięcia oraz... także zawiera sceny 18+.

Moi drodzy, jeśli macie ochotę na lekką, wciągającą opowieść fantastyczną i jesteście w stanie przymknąć oko na sceny łóżkowe to jest to książka dla Was. Zwłaszcza, że niebawem w księgarniach pojawi się kolejna część ;) Po odliczeniu wyżej wymienionego minusa, daję od siebie mocne 7/10 i polecam :)

Pozdrawiam
ZaBOOKowana
 

niedziela, 19 sierpnia 2018

Terror- D. Simmons



"Za każdym razem, gdy wydaje mi się, że znam już dobrze któregoś z oficerów lub marynarzy, przekonuję się, że jestem w błędzie. Miliony lat postępów medycyny nie odkryją sekretów ludzkiej duszy."
~Dan Simmons, "Terror"


Za oknem szaleją piekielne upały, lodówka jęczy chłodząc ogromne ilości napojów, a ja leżę na kanapie, wędrując umysłem po kole podbiegunowym. Tak mniej więcej wyglądały moje wolne dni na przełomie lipca i sierpnia. Przyznam szczerze, że ta książkowa arktyczna zima jakoś nie bardzo wpłynęła na moje odczuwanie ciepła, ale pozwalała się od niego oderwać na jakiś czas. 

Terror odtwarza przebieg owianej tajemnicą wyprawy morskiej mającej na celu odnalezienie Przejścia Zachodnio-Północnego z Europy do Chin. Dwa statki- HMS Erebus i HMS Terror- doskonale wyposażone, pod doświadczonym dowództwem i wykwalifikowaną załogą, gotowe przeprawić się przez szereg wysp i przesmyków by zapisać się na kartach historii. Okręty zaopatrzone w zapasy drewna, prowiantu i węgla na 5 lat w maju 1845 roku wypłynęły z Anglii, po raz ostatni widziane pod koniec lipca 1845 roku przez kutry wielorybników. Na podstawie wypraw ratunkowych oszacowano trasę statków, ale nawet dziś nie znamy prawdziwych losów wyprawy. Jednak Dan Simmons wykorzystał dostępne informacje, relacje z kilku późniejszych wypraw poszukiwawczych, skrawki wiedzy od tubylczych plemion, domysły i fantastyczne plotki… i stworzył kunsztowną opowieść o ostatnim rejsie dwóch statków, HMS Erebusa i HMS Terroru, które utknęły w lodzie, co stało się początkiem końca tej ekspedycji. 

Gdy tylko zobaczyłam, że na rynek czytelniczy wkracza Terror wiedziałam, że muszę go przeczytać. Uwielbiam historie oparte na prawdziwych, tajemniczych wydarzeniach sprzed lat, a jeśli dodatkowo autor ubarwi je jakąś niesamowitą historią i owieje mrocznym klimatem to moje serce, aż rwie się do takiej pozycji. Na wstępie rzuca się w oczy niestandardowa forma narracji. Każdy rozdział jest zatytułowany imieniem bohatera i datą wydarzeń w nim zawartych. Początkowo znaczne przeskoki w czasie sprawiały, że nie potrafiłam odnaleźć się w historii. Później przerwy między rozdziałami stają się coraz mniejsze, akcja nabiera tempa, by wreszcie zlać się w jedną, ciągłą opowieść. Układ ten ma tez wiele zalet, z pozoru chaotyczny, pozwolił mi spojrzeć na te same wydarzenia z różnych perspektyw. Mogłam przyjrzeć się frustracji marynarzy, lękowi wartowników, szacunkom oficerów, zmartwieniom lekarzy. Doskonale wiedziałam jakie panują nastroje, kiedy robi się naprawdę źle, czułam ciężar i konsekwencje podjętych decyzji. Wyłapywałam drobne błędy, uchybienia, czy zaniedbania poczynione już w Anglii, które w późniejszym czasie zaważyły na losach wyprawy. Ale czy tylko zawinili ludzie? Autor wprowadzając wątek fantastyczny opierał się na wierzeniach Eskimoskich i całkowicie stopił go z prawdziwymi wydarzeniami. Dzięki temu opowieść zdaje się pełniejsza, a owiana tajemnicą historia wyprawy nabiera mroczniejszego, hipnotyzującego wydźwięku. Fabuła płynie wolno, początkowo dając czas bym wczuła się w opowieść, później jednak czuć gromadzące się czarne chmury, rosnące napięcie uczestników, strach, zwątpienie, desperacką nadzieję. Autor w wyjątkowy sposób grał na moich emocjach, wciągał w historię, sprawiał, że nie potrafiłam się oderwać, choć chwilami nie chciałam patrzeć. Ostatnie 200 stron pochłonęłam jednym tchem, a gdy skończyłam w mojej głowie było jeszcze sporo pytań, na które nie znajdę odpowiedzi. HMS Erebus i HMS Terror długo pozostaną w mej pamięci. Dodatkowym plusem powieści jest rys historyczno-geograficzny i zdjęcia z wypraw poszukiwawczych, stare mapy, obrazy dzięki którym mogłam przyjrzeć się prawdziwym, udokumentowanym losom wyprawy i porównać je z powieścią Simmonsa. Jedyne czego mi brakowało to posłowie autora. Skończywszy Terror czuję niedosyt i z wielką chęcią zajrzałabym do głowy twórcy i przekonała się jak wyglądał sam cykl tworzenia, co stało się inspiracją i gdzie leży granica między fikcją, a prawdą, którą tak kunsztownie zatarł w powieści. No cóż, będę musiała się obejść smakiem ;) 

Podsumowując. Terror jest powieścią historyczną uzupełnioną wątkiem fantastycznym, dopracowaną, dopieszczoną do tego stopnia, że chwilami zaciera się w niej granica między fikcją, a rzeczywistością. Opowieść w sposób niezwykły przenosi czytelnika na pokład statku i w bardzo realny sposób wtapia w losy wyprawy, nie tylko je relacjonując. Ogromnym plusem jest klimat, niesamowita gra na emocjach i wiarygodne oddanie sytuacji, dzięki czemu czytelnik może wczuć się w opowieść całkowicie. Dla mnie WOW! Daję mocne  9/10 i polecam!

Słonecznego popołudnia :)
ZaBOOKowana

piątek, 10 sierpnia 2018

Cykl: Prawo Millenium- T. Canavan



"Magia nie wystarczy, żeby zmienić świat. "
~Trudi Canavan, "Anioł Burz"


Jak na fankę Trudi Canavan przystało, niecierpliwie śledziłam oficjalny fanpage autorki wyczekując wieści o kolejnych tomach. Nie mogłam się doczekać, aż wszystkie z nich zagoszczą u mnie, a gdy tak się wreszcie stało, pozwoliłam sobie odpłynąć do reszty w nowym, zaskakującym świecie.

Cykl Prawo Milenium złożony jest z splatających się losów dwojga bohaterów. Młody uczeń magii, Tyen, podczas badań natrafia na posiadającą świadomość księgę - Vellę. Zawiera ona informacje, które wstrząsną wiedzą i nauką świata Tyena, a wiele osób zrobi wszystko by je posiąść lub zniszczyć. Tymczasem Rielle, córce farbiarza, wpojono, że używanie magii jest okradaniem aniołów.  Gdy w mieście pojawia się deprawator, dziewczyna daje się wplątać w intrygę, dzięki której wychodzi na jaw, że posiada moc. Czy odważy się zaryzykować gniew aniołów i nauczy się wykorzystywać swój talent? Te dwie z początku odrębne historie i światy, powoli łączą się ze sobą, dając czytelnikom ogromne pole wyobraźni.

Mimo iż znam i uwielbiam całą twórczość Trudi Canavan, to nowa trylogia zaskoczyła mnie i to pozytywnie. Ogromnym plusem dla mnie była nietuzinkowa teoria magii jako czegoś na kształt złoża, zasobu. Magii, która jest płynna, zużywa się i można ją produkować poprzez kreatywne działanie, przez co czarowanie było zależne od jej ilości w otoczeniu, a nie tylko umiejętności i siły maga. Na każdym kroku spotykałam światy bogate w jej pokłady, ubogie lub puste, a to generowało wśród ludzi je zamieszkujących tworzenie teorii czy wierzeń ściśle związanych z mocą. Przykładowo uniwersum Tyen'a jest zaawansowane technologicznie, a maszyny są zasilane magią. Jej konsumpcja jest tak duża, że wprowadzono ograniczenia co do jej używania. Mimo dowodów, mieszkańcy beztrosko traktują moc jako stałość i nie obawiają się jej utraty. Na południu, za górami ludzie są bardziej świadomi natury magii i cenią sobie artystów, rzemieślników tworzących moc za pomocą swej kreatywności. Dzięki czemu ta niedostępna cześć globu choć niewielka jest zasobna w magię. Inaczej pogląd wygląda w świecie Rielle, bardzo ubogim w magię. Tylko kapłani w wyjątkowych sytuacjach mogą jej używać, ponieważ uważa się tam, że moc należy do aniołów. Osoby z talentem magicznym są piętnowane, skazywane na wygnanie i więzienie, za okradanie aniołów, a po śmierci  czeka ich rozerwanie na strzępy i nicość zamiast zbawienia. Inne światy natomiast cechują się swobodą w korzystaniu z dobrodziejstw  mocy. Ich mnogość i zróżnicowanie kulturowe sprawiło, że moja wyobraźnia pracowała na zwiększonych obrotach, a ja sama nie mogłam się nadziwić ogromowi uniwersum, w którym się znalazłam. Wow!
Wezmę może pod lupę fabułę i akcję. Początkowo książki są podzielone na pokaźne części dotyczące dwojga głównych bohaterów. Historie w pierwszym i drugim tomie prowadzone są równolegle i niekoniecznie wiążą ze sobą. W trzecim, części skracają się, akcja nabiera na prędkości, a losy postaci przeplatają się, często skręcając w nieoczekiwanych kierunkach. Dodatkowym atutem fabuły jest zwrócenie uwagi na dalekosiężne konsekwencje czynów. Wybory jakich dokonują bohaterowie nie są łatwe, a ich echa odbiją się na przestrzeni wieków i światów. Nie ma dobrych rozwiązań, a każda decyzja niesie za sobą konsekwencje. Akcja jest bardzo dobrze zbalansowana, wywołuje emocje, jednak nie na tyle silne by wzbudzić w czytelniku impulsywność czy niecierpliwość. Czytając mimowolnie sama szukałam najlepszej opcji, rozważałam i debatowałam z bohaterami wczuwając się całkowicie w ich sytuację. Kolejnym plusem cyklu są moim zdaniem postaci. Nieszablonowe, ewoluujące z biegiem akcji, silne i... przebiegłe. Chwilami nie potrafiłam się nadziwić uknutym intrygom czy złożonym planom. Czułam, że mam w nich godnych partnerów w tej przygodzie.

Podsumowując. Cykl Prawo Milenium jest solidnym kawałkiem dopracowanej i godnej polecenia fantastyki. Całkowicie pozbawionej ulepszeń w postaci ckliwych romansów czy tanich dramatów, tak lubianych przez nowoczesnych pisarzy. Drodzy fani starej, dobrze utkanej fantastyki, na solidnych podstawach i nietuzinkowym pomyśle, nie zawiedziecie się. Ze swojej strony daję mocne 8/10 i gorąco polecam!!

Przyjemnego wieczorku :)
ZaBOOKowana

PS. Właśnie dotarła do mnie wiadomość, że Prawo Millenium będzie miało czwarty tom! jupiii!

https://www.facebook.com/wydawnictwogaleriaksiazki/posts/10159434541535076?hc_location=ufi


piątek, 3 sierpnia 2018

Nie Ma Wędrowca- W. Gunia



"Wtedy, właśnie wtedy zrozumiałem, że to ja, ja, nie mój Pan Bóg, jestem osobiście odpowiedzialny za ten świat. Że tyle dobra będzie na tym świecie, ile we mnie będzie wytrwałości. Że całe zło tego świata to my i całe dobro tego świata to też my." 
~Woj­ciech Gunia, "Nie ma wędrowca"

Moje drogi często krzyżowały się z tą niepozorną książką, aż pewnego dnia nabrałam apetytu na trochę strachu. Nie zastanawiając się długo, pomaszerowałam pewnym krokiem do biblioteki i na pewniaka capnęłam Wojciecha Gunię. Skąd ta pewność? Jedne z najlepszych książek "z dreszczem", jakie przeczytałam, były wydane właśnie w serii Biblioteka Grozy, więc mam do wydawnictwa C&T niejaki sentyment. I tym razem już zacierałam ręce na samą myśl o ciarkach jakie poczuję. Czy miałam rację?

Nie ma wędrowca opowiada historię dręczonego traumą mężczyzny, który podejmuje się pracy stróża nocnego w położonym na odludziu tartaku. Miejsce to nazywa się "Baza", otoczone lasem tworzy swoistą fortecę, skrywającą jedynie ciszę, samotność i... tajemnicę. Nadciąga zima, a wraz z nią widma dawnej zbrodni...

Nie ma wędrowca to pierwsza powieść Wojciecha Guni po jaką sięgnęłam. Mimo iż nie znałam jego twórczości, to postawiłam swą poprzeczkę dość wysoko. Zachęcona mrocznym i klimatycznym opisem na okładce, szybko zaparzyłam sobie kawę i niecierpliwie zaczęłam czytać. Początkowo stopniowo budujący się klimat i rosnące napięcie niosło mnie przez fabułę. Nie wiedziałam kiedy mój oddech przyspieszył, a ja cała spięta zaczęłam przygryzać paznokcie. I przyznam Wam szczerze, że raz miałam prawie "przedzawał", gdy w kulminacyjnym momencie zadzwonił mi telefon :D . Ooo... tak! Tego właśnie chciałam! Jednak mniej więcej w połowie książki autor zmienił front i zamiast utrzymywać mroczną atmosferę i świetnie budowany klimat, uderzył w historyczno-moralizatorski ton, utrzymujący się, aż do końca książki. Przez to zamiast symfonii grozy kończącej opowieść, otrzymałam groteskową kakofonię wydarzeń, bardziej irytujących niż straszących. Dziś mija miesiąc od przeczytania książki i jedyne co w tej chwili odczuwam to wielkie rozczarowanie. W pierwszej połowie opowieści autor pokazał swój kunszt i potencjał, by w następnej całkowicie zatracić to wszystko w wzniosłej historycznej opowiastce. Mam wrażenie jakby autor miał dwa dobre pomysły, które niefortunnie skleił razem, przez to nie do końca wiem jak ocenić tę książkę. 


Podsumowując. Nie ma wędrowca nie jest książką łatwą, porusza trudny temat i ma predyspozycje by odkrywać ją wielokrotnie, co działa na jej korzyść. Jednak jest także niespójna, niejednolita, posiada spory zgrzyt, po którym traci swoje początkowe walory klimatyczne. Choć książka nie wywarła na mnie pozytywnego wrażenia, to autorowi udało się zaintrygować mnie próbką swojego stylu i mocno się zastanawiam czy nie dać szansy jakiejś innej jego powieści. Ze swojej strony daję 4/10.

Przyjemnego dnia
ZaBOOKowana