środa, 4 maja 2016

Idź, Postaw Wartownika- Harper Lee



W tym roku nie próżnowałam i całą majówkę spędziłam tak jak lubię. Porankiem wygrzewając się na słońcu, z kawką w jednej łapce i książką w drugiej. Popołudniami zaś przenosząc moje czytelnicze lenistwo na kanapę i zamieniając kawę na hektolitry herbatki. Tego mi było trzeba... Z nowym, dużo lepszym nastawieniem i naładowanymi wewnętrznymi bateriami słonecznymi mogłam ruszyć do pracy i mieć (kolokwialnie mówiąc) wyrąbane ;).  Gdzieś odeszły stresy, mięśnie się rozluźniły i przestałam myśleć co jeszcze muszę zrobić.

Dziś na nocce udało mi się skończyć Idź, Postaw Wartownika- Harper Lee. Jest to kontynuacja powieści Zabić drozda, szkicująca nowy obraz bohaterów. Pojawiamy się w Maycomb w Alabamie po około 20 latach. Towarzyszymy Jean Louise Finch w powrocie do domu. Razem z nią obserwujemy jak bardzo odmienia się charakter miasteczka, ojciec się starzeje, a znane kąty stają się coraz mniej znane. Dorosła Skaut czuje się rozdrażniona tymi przemianami, nie do końca umie odnaleźć się wśród neonów, przedpołudniowych herbatek w towarzystwie i ploteczek. Dodatkowo zostaje wtłoczona w sam środek przemian politycznych, dotyczących kwestii nadania Murzynom pełnych praw obywatelskich. Musi stawić czoła bolesnej prawdzie o jej krewnych i mieszkańcach miasta. Ludziach, których znała od zawsze, którym ufała, a to wystawia na próbę wszystkie wartości i prawdy, które do tej pory były niewzruszalne. Dziewczyna musi zniszczyć wszystko by wystawić wreszcie własnego wartownika... własne sumienie...

W Zabić Drozda  urzekła mnie ponadczasowość dzieła, to że czytając rozważałam problemy oczywiste, ale też wyczytane między wersami. Opowieść ta zostawiła we mnie ślad, kazała mi się zastanowić nad wieloma rzeczami. Dlatego stawiając wysoko poprzeczkę, z ogromną niecierpliwością zabrałam się za czytanie Idź, Postaw Wartownika. Czytało się bardzo szybko, praktycznie od razu wczułam się w klimat Alabamy. Trochę drażniły mnie pewne nieścisłości, hmmm... nic oczywistego, ale wydawało mi się, że chwilami fabuła nie zgrzyta. Możliwe, że coś zwyczajnie mi umknęło. To był chyba jedyny konkretniejszy minus jaki zauważyłam. Co mi się podobało? Bardzo przyjemnie było wracać do wspomnień z dzieciństwa. Pierwsza impreza, pierwsze miłości i różne dziecięce psoty nadawały fabule lekkości i sprawiały, że mimowolnie uśmiechałam się do siebie. Podobał mi się sposób wewnętrznej walki głównej bohaterki. Sposób w  jaki miotała się między tym co było, a tym co jest. Szkoda tylko, że zabrakło w tym wszystkim miejsca dla mnie, na moje przemyślenia, rozważania, pytania. Tym razem czułam się bardziej jak obserwator niż towarzysz. Ten drobiazg odjął trochę z mojej oceny, bo w porównaniu z poprzednią częścią wydało się nieco płytsze, ale mimo to uważam, że jest to książka warta przeczytania. Może nie zapiera tchu ale jest dobrym następcą. Dzięki niej można wiele dowiedzieć się o etapie życia, w którym tracimy autorytety i włączamy własny kompas życiowy. To dziennik podróży, w którym jedynym przewodnikiem człowieka jest sumienie.

Daję 6,5/10 i myślę, że niebawem ponownie sięgnę po Idź, Postaw Wartownika i może odkryję w niej coś nowego... :)

Pozdrawiam ZaBOOKowana


poniedziałek, 2 maja 2016

Bez Strachu- A. Ragiel, M Rigamonti



"Wydaje się, że umierają sami obcy nam ludzie. Po czym okazuje się, że tu jakiemuś znajomemu matka odeszła, kogoś innego żona i już wiadomo, że dotyka to wszystkich. Oczywiście, śmierć chcemy odsunąć od siebie jak najdalej, zapomnieć o niej, udawać, że nas to nie dotyczy, bo jesteśmy młodzi, zdrowi, piękni i co najważniejsze, mamy jeszcze tyle do zrobienia. Świadomość śmierci powinna nam towarzyszyć każdego dnia, gdzieś z tyłu głowy trzeba ją nosić." ~ A. Ragiel


Celowo przytoczyłam ten cytat, ponieważ bardzo dobrze określa to o czym napiszę. Dziś  opowiem o zupełnie innej książce niż dotychczas. Parę dni temu mama przyniosła do domu Bez Strachu. Gdy tylko przyjrzałam się bliżej tej pozycji, wiedziałam, że nie wypuszczę jej z rąk dopóki nie przeczytam.  Tak też się stało.Wczoraj zaczęłam, a dziś skończyłam z wypiekami na twarzy i  znacznie szerszym horyzontem.

Wszyscy boimy się śmierci. To oczywiste, bo nie dane nam jest zajrzeć za tę ciężką zasłonę i zobaczyć co dalej. No właśnie, to nie samej śmierci się boimy. Czujemy strach przed nieznanym, przed brakiem woli i nie ma na to wpływu nasza wiara, przekonania czy cokolwiek innego. Wciąż wydaje się nam, że śmierć przychodzi zbyt wcześnie, jest okrutna i niesprawiedliwa. Unikamy tematu, nie chcemy o niej mówić, myśleć i na codzień staramy się wierzyć, że nie istnieje.



Bez Strachu jest rozmową pomiędzy Magdaleną Rigamonti, a słynnym balsamistą Adamem Ragielem, dzięki której powoli, bez leku i okrucieństwa wkraczamy w świat śmierci. Brzmi poważnie, bo to poważny temat. Na co dzień krążą wokół nas mroczne opowieści o zakładach pogrzebowych i ich pracownikach. To budzi w nas strach, co sie stanie z nami w tych wykafelkowanych pomieszczeniach prosektorium. Pan Adam nie tylko uchyla rąbka tajemnicy, ale w prosty, zwyczajny sposób opowiada co się dzieje z ciałem już po śmierci. Opisuje proces balsamowania, ostrzega jak się chronić, czym jest kremacja i kosmetyka pośmiertna. Łamie stereotypy i uświadamia. Właśnie! i to jest bardzo ważna rzecz, nie jest to książka naukowa, raczej pouczająca. Pan Adam wdraża nas w tajniki prawa i mówi na co warto zwrócić uwagę, gdy przyjdzie nam skorzystać z usług zakładu pogrzebowego. Rzeczy ważne, które nie przyszłyby nam do głowy w takiej chwili.

W tej książce można znaleźć także prywatne przemyślenia. Można zobaczyć jak żyją osoby, które na co dzień obcują ze zmarłymi. Jak to wpływa na ich codzienność i światopogląd? Co może zmienić codzienne przyglądanie się śmierci? Jak czerpać satysfakcję z takiej pracy?

Nie wiem czy to ma związek z moją branżą zawodową, że tak lubuję się we wszelkich sprawach związanych z człowiekiem. Czy to żywym, czy martwym. Może to niezaspokojona ciekawość co się dzieję tam gdzie nie mogę tego dostrzec. Już od pierwszej chwili wiedziałam, że chcę ... że muszę przeczytać  Bez Strachu! Wywiad ten był dokładnie tym czego oczekiwałam. Sposób w jaki omawiane są te trudne tematy jest ludzki, prosty, wyzuty z wszelkich okropności. Co mnie bardzo poruszyło (w pozytywnym sensie) to przeogromny szacunek jaki można wyczuć przy każdej opisywanej czynności, oraz dystans z bardzo dużą dozą poszanowania dla opowiedzianych historii. Z pasją poznawałam przekonania Pana Adama i jego współpracowników, te lepsze i gorsze chwile i to dlaczego robią to co robią. Z mojej strony pełen szacunek, wiem jak trudno jest czasem zajmować się żywymi, ale stanąć w obliczu śmierci jest jeszcze trudniej i to nie wobec zmarłego, lecz jego ogarniętej żalem rodziny.

Jest pewien fragment który  trochę otworzył mi oczy.
Kiedyś jedna pani przyszła na pogrzeb swojej sąsiadki i słyszę, jak mówi: "Widziałam ją trzy razy w tygodniu, nigdy tak pięknie nie wyglądała jak w tej trumnie." Jak tak się umiera to ja też mogę. Już się nie boję.~ A. Ragiel
Zaczęłam się zastanawiać czego tak naprawdę się boimy i jak niewiele trzeba by przywrócić żyjącym spokój. Bez Strachu to książka, która porusza w nas to co chowamy gdzieś w głębi, jednocześnie pisana w taki sposób, że pozostawia po sobie wewnętrzny spokój. Czuje się, że śmierć i to co dalej nie jest takie straszne. Że są ludzie, którzy zaopiekują się tym co po nas lub naszych bliskich  zostanie, w sposób godny i bezpieczny dla innych. Chcąc, nie chcąc, zaczęłam zastanawiać się i rozmawiać z najbliższymi o ostatniej woli. O rzeczach tak nieważnych, a jednak ważnych, które zawsze odkładamy na później... zawsze za późno. A przecież to nic złego by przygotować bliskich na ten moment pożegnania.

Myślę, że jest to książka obowiązkowa dla każdego. Bardzo poszerza horyzonty i sprawia, że zmieniamy punkt widzenia. Pozwala zatrzymać się na chwilę i pomyśleć o śmierci jako o zwyczajnym etapie życia.  Daję 9/10 .

Pozdrawiam ZaBOOKowana


niedziela, 1 maja 2016

Zabić drozda- Harper Lee







"Jeśli istnieje tylko jeden rodzaj ludzi, to dlaczego nie możemy żyć ze sobą w pokoju? Skoro wszyscy są tacy podobni, czemu schodzą czasem z dobrej drogi i zaczynają gardzić sobą nawzajem?"
N. H. Lee - Zabić drozda 





Postanowiłam pozostać w klimacie Ameryki lat trzydziestych XX wieku. Sięgnęłam, więc na parapet, czyli moją poczekalnię książek zakupionych i odłożonych na "Ten Moment".  Tym razem swojską beztroskość Luizjany zamieniłam na  szare życie Maycomb, małego miasteczka gdzieś, tam w Alabamie. Po raz pierwszy sięgnęłam po Zabić Drozda kierując się chęcią zasmakowania w klasyce, więc pomaszerowałam do biblioteki i polowałam. Obecnie książka wzbogaca już moją mała kolekcję i dumnie pręży się na półce.


Zabić Drozda jest opowieścią o życiu małego miasteczka, gdzie każdy każdego zna na wylot. Życie to widziane oczami ok 7 letniej dziewczynki, która stara się wytłumaczyć i zrozumieć rzeczywistość. U boku starszego brata odkrywa tajemnice miasta, które myśli, że zna od podszewki. Odkrywałam z nią historię o przerażającym sąsiedzie- Boo Radley'u. Słuchałam strasznych opowieści, o tym jak on żywi się kotami, morduje wścibskie dzieci i że wychodzi tylko nocami. Historyjki opowiadane przy ogniskach by wzbudzić dreszcz emocji, a dodatkowo wywoływały ogromną ciekawość. Razem z dziećmi obserwowałam okna posiadłości Radley'ów i rozmyślałam jak tu wywabić wilka z lasu i zaglądałam z  nimi do okien sąsiadów.

W to spokojne dziecięce życie, pełne małych kłopotów, wkrada się cień. Atticus Finch, ojciec tej dwójki urwisów, broni przed sądem młodego Murzyna oskarżonego o zgwałcenie biednej białej dziewczyny. Prosta sprawa sądowa z powodu wszechpanującego rasizmu i urasta do rangi symbolu, budzi ospałe miasteczko do życia i zmusza mieszkańców do decyzji, po której stronie staną. Dzieci natomiast obserwują zachowanie dorosłych, starając się zrozumieć dlaczego to wszystko nie jest takie proste. Co czyni pochodzenie? Czym różni się człowiek biały od murzyna? Dlaczego w przyjaznych do tej pory ludziach budzi się zew mordu? Czemu mądrzy ludzie podejmują decyzję wbrew oczywistym dowodom?

Czytając tę książkę czułam się jak dziecko, jak towarzyszka zabaw głównych bohaterów. Siedziałam z nimi na werandzie i wspólnie rozważaliśmy nad odpowiedziami. Pozwoliło mi zobaczyć jak bardzo świat dorosłych jest skomplikowany. Skomplikowany i skrępowany różnymi konwenansami, przekonaniami, tu nic nie jest proste. A właściwe odpowiedzi często są najprostsze...

Jest to niesamowita opowieść o prawdzie, nieprawdzie i półprawdzie, o człowieczeństwu i wyobcowaniu. O różnicach znaczących i tych błahych. Opowieść o dobru i złu, i dzieciach, które na swój często dojrzalszy sposób starają się zrozumieć sytuację. Są to trudne sprawy ale bardzo oczywiste. Dzieci ze swoim prostym świeżym spojrzeniem, dla których pewne sprawy są oczywiste.Moim zdaniem jest to piękna opowieść o uprzedzeniach rasowych, stereotypach i kryzysie sumienia ubrana w prosty i oczywisty obraz dziecięcego życia.
Daję 9/10 i polecam.

Pozdrawiam ZaBOOKowana


"Drozdy nic nam nie czynią poza tym, że radują nas swoim śpiewem. Nie niszczą ogrodów, nie gnieżdżą się w szopach na kukurydzę, nie robią żadnej szkody, tylko śpiewają dla nas z głębi swoich ptasich serduszek. Dlatego właśnie grzechem jest zabić drozda."
N. H. Lee - Zabić drozda 


sobota, 23 kwietnia 2016

Boskie Sekrety Siostrzanego Stowarzyszenia Ya-Ya - R. Wells





Parę dni temu podczas zwyczajowego buszowania w bibliotece, wpadła mi w ręce ta niepozorna książka. Pewnie nie zwróciłabym na nią uwagi, ale na okładce napisano "Przywodzi na myśl Smażone Zielone Pomidory", a to wystarczyło by mnie przekonać. Mimo sprzeciwów zdrowego rozsądku (przecież masz tyle książek do przeczytania!!!)  dumna z siebie, z książką w plecaku, pomaszerowałam do domu. Tam Boskie Sekrety... odleżały swoje grzecznie na parapecie, aż nadszedł luźniejszy czas.

Boskie Sekrety Siostrzanego Stowarzyszenia Ya-Ya to opowieść o życiu pełnej wigoru Vivi  Walker, pieczołowicie odkrywanym przez córkę Siddalee. Kiedy Sidda udziela niefortunnego wywiadu, dziennikarce udaje się nakłonić ją do intymnych zwierzeń. Skutki są katastrofalne - nagłówek niedzielnego „New York Timesa” brzmi: „Nauczycielka stepu maltretowała swoje dzieci”, a wściekła Vivi zrywa kontakty z córką. Załamana dziewczyna błaga matkę o przebaczenie i opóźnia swój zaplanowany od dawna ślub. Przyszłość rysuje się ponuro, aż do czasu, gdy stare przyjaciółki przekonują Vivi, by wysłała córce ich wspólny pamiętnik z okresu dojrzewania...

Vivi już jako młoda dziewczyna pokazała światu, że nie da sobie w kaszę dmuchać. Brała życie pełną garścią i śmiała się głośno odrzucając głowę w tył. Z biegiem czasu zmuszona była poskromić swój temperament, co zrodziło późniejsze problemy, z którymi przyjdzie borykać się nie tylko jej. Sidda natomiast to, zagubiona kobieta, trochę rozdwojona pomiędzy lojalność a potrzebę akceptacji ze strony matki.

Z początku Boskie Sekrety...  nie specjalnie przypadły mi do gustu. Zostałam wrzucona wprost w zażartą  kłótnię matki i córki. Temperament i złe emocje trochę mnie przytłoczyły. Nie do końca umiałam opuścić gardę i  się rozluźnić. Dopiero, gdy Sidda wyjechała do domku nad jeziorem, do swojej samotni, odetchnęłam. Zaciekawiona, przeglądałam z nią cały album, przenosząc wzrok z pamiątki na pamiątkę, niemal czując pod palcami fakturę kartki, czy zapach okładki. Z każdą kolejną opowieścią przesiąkałam Luizjaną z  początku XX wieku. Poznawałam zakamarki wielkiej przyjaźni i chciałam więcej... Czułam palące słońce na skórze i chłód wody w strumieniu... Czułam smak lemoniady i słuchałam cajuńskich skrzypiec... Ale to nie jest najważniejsze. Najważniejsze że uczestniczyłam w tych historiach. Co prawda nie jako  piąta Ya-Ya, ale jako widz. Z biegiem czasu Ya-Ya rośnie i w ich małym bestroskim życiu pojawia się wojna. Świat przestaje być beztroski. Pierwsze załamania, próby lojalności, miłość i strata. Z nastolatek bardzo szybko stały się dorosłymi kobietami, to właśnie strata kształtowała ich charaktery. Te fragmenty życia stały mi się bliskie.

W Boskich Sekretach... we wszystko wnikają emocje. Emocje stare i przykurzone z czasów młodości Vivi, zaplatają się z świeżymi emocjami Siddy odkrywającej mamine sekrety. Układanka się scala i poznajemy co tak naprawdę kryje się pod podszewką. Przesiąknęłam Luizjaną i zżyłam z Vivi, Necie, Teensy i Caro, z ich wzlotami i upadkami, całą kwintesencją życia. Sidda natomiast nie wywarła na mnie tak dużego wrażenia, miałam odczucie, że była głównie widzem i odbiorcą .

Nie wiem kto napisał, że Boskie Sekrety... przypominają Smażone Zielone Pomidory, ale ja się z tym kompletnie nie zgadzam. Owszem czasy mamy podobne, ale charakter opowieści całkowicie inny. Moim zdaniem  Boskie Sekrety... są typowym sentymentalnym powrotem do przeszłości, próbą rozgrzeszenia. Obciążone dużą ilością negatywnych emocji często zawoalowanych w coś co wydaje sie pozytywne np macierzyństwo.  Brak im lekkości, uśmiechu i przekory jak w Smażonych Zielonych Pomidorach. Brak tego uroku, który skradnie serce i przywiąze czytelnika do bohaterów. 
Mimo to pozycja godna polecenia i warta spędzonego nad nią czasu. Daje 6,5/10.

Pozdrawiam ZaBOOKowana :)

sobota, 16 kwietnia 2016

Co nowego w Fabryce Słów.

Dziś wracając z pracy kompletnie sfilcowana, wyczytałam przecudna wiadomość, która z miejsca postawiła mnie na nogi. 18 maja 2016 (tak to już oficjalna data) wychodzi 5 tom Pomnika Cesarzowej Achai. Powyżej wlepiłam zwycięski projekt okładki. Przyznam, że nawet sama okładka zrobiła na mnie duże wrażenie. Jest silna i zdecydowana, tak jak lubię. Oj oj... ale to nieładnie oceniać książkę po okładce. Już się poprawiam i z jeszcze większym zniecierpliwieniem czekam za treścią.... wielkim zwieńczeniem...

Z Achają zapoznałam się po raz pierwszy  w czasie studiów. Koleżanka o znacznie odmiennych gustach literackich polecała ja bardzo. Na początku podeszłam trochę sceptycznie i niechętnie, ale argument że "czytała na zmianę jednym okiem, a drugie miała zamknięte by odpoczęło, a później zmiana" i fakt, że fantastyka nie jest jej ulubionym gatunkiem skłoniło mnie do podjęcia wyzwania. Nie zawiodłam się ani trochę, ale dziś  jeszcze nie opowiem Wam więcej o mojej przygodzie z Achają. Niebawem będę wracać do całej serii od początku i będę na świeżo :)



Co więcej z nowości. Pod koniec kwietnia wychodzi kolejna część opowiadań Andrzeja Pilipiuka, na którą bardzo czekałam, pod wdzięcznym tytułem Litr Ciekłego Ołowiu. Gdy z pasją opowiadałam o tym bratu, jego umysł zatrzymał się na słowie Litr i potrzebna była chwila wyjaśnień by jego mózg przyjął, że wcale nie mówię  o alkoholu. Brawo brat! ;) Ale wrócę do tematu. Andrzej Pilipiuk- autor do tańca i do różańca. Potrafi doskonale przykuć moją uwagę jak w Oku Jelenia, gdzie z zapartym tchem  przeskakiwałam następne tomy, lawirując myślami między XVI wieczną Europą, a kosmicznymi Nomadami. Rozśmiesza do łez i powoduje ostry atak kolki śmiechowej opisując przygody Jakuba Wędrowycza oraz w niezwykły sposób  sprawia, że zaczyna intrygować mnie historia (co jest nie lada wyczynem!). Tym razem w ręce wpadnie nam  świeżutki zbiór opowiadań gdzie jak w kalejdoskopie przewijają się mało znane epizody, artefakty innych epok, alternatywy historyczne, zapomniane wynalazki. Zbierane skrzętnie okruchy przeszłości tworzą mozaikę, od której podziwiania nie można się oderwać.

Myślę, że nie jestem jedyną osobą, którą tak cieszą te nowe pozycje, a jest na co czekać. Tym razem bez wyrzutów sumienia stracę kolejne złocisze na wzbogacenie mojej kolekcji :)

Spokojnej, zaczytanej nocy...
ZaBOOKowana


niedziela, 10 kwietnia 2016

Czarne Kamienie- Anne Bishop (ciąg dalszy)








W nawale obowiązków i szale przygotowań ślubnych lekko straciłam poczucie rzeczywistości, ale nadszedł już czas by wrócić do rzeczywistości. Koleżanka już nie potrzebuje mojej pomocy w makijażach, fryzurach i sukni, a ja nie muszę już spędzać czasu nad prezentem hand-made. Przyznam, że to było poniekąd przyjemne. Trochę meczące, bardzo stresujące, ale przyjemne. Zwłaszcza finish i patrzenie jak dwie najwłaściwsze osoby przyrzekają sobie miłość...  Mimo to dobrze, że to koniec. :)

Teraz mam wreszcie czas by odpocząć i nadrobić zaległości w czytaniu. Tak oto udało mi się wreszcie skończyć całą serię Czarnych Kamieni. Opowiadałam Wam już o tej serii całkiem niedawno. Wtedy brałam pod uwagę przewodnią trylogię, a dziś opowiem trochę o całej reszcie. Kolejne 6 tomów składa się z historii uzupełniających.

Serce Kaeleer  to zbiór opowiadań dość rozstrzelonych chronologicznie. Przyznam szczerze, że nie porwało mnie zbytnio. Fabuła większości krąży wokół miłości, trochę przerysowana, trochę zbyt idealna, cukierkowa, ale dość przyjemna. Część historii bardzo przeciętna, ale przyciąga humorem. Moim zdaniem sceny miłosne zbyt "różowe", a łóżkowe zbyt "szczegółowe" co daje jej charakter taniego harlequina. Zdecydowanie nie dla dzieci. Mimo to, jedno opowiadanie przykuło moją uwagę, a mam na myśli historie Prządki.Ogólna ocena to 5/10.

Splątane Sieci jest jednym pełnym opowiadaniem. Pełnym, bo niczego mu nie brakuje. Pochłonęłam je chyba najszybciej z wszystkich części. Tym razem mamy do czynienia z historią przygodową, z nutką kryminału i trupem w szafie. Z miłym dla oka humorem w parze z gwałtownymi zwrotami akcji i niepokojąco tykającym zegarem. Brniemy razem z uwięzionymi bohaterami przez dom strachów, ale nie taki zwykły dom strachów. Raczej przez jego śmiertelnie niebezpieczną wersję. W roli głównej Surreal, Rainer i banda krnąbrnych dzieci contra duchy, wiedźmy i chichoczące pająki. Na deser reszta lekko zwariowanej rodzinki: Jeanelle, Deamon, wściekły Lucivar i wujaszek Seatan mówiący "buu!", a wraz z nimi obietnica i groźba...
Moim zdaniem jest to chyba najlepsza cześć z całej serii Czarnych Kamieni. Pozbawiona znacznej ilości erotyzmu (no może z wyjątkiem członka płaczącego ze wzruszenia, który rozbawił mnie do łez). Bardzo lubię Surreal, ucieszyło mnie, że to ona jest główną bohaterką. Dzięki jej ciętym ripostom, książka "dostała pazura", a ja bardzo lubię gdy książki są zadziorne.  Jak dla mnie 7/10.

Gdy czytałam Niewidzialny Pierścień miałam chwilami wrażenie, że przeniosłam się do twórczości Trudi Canavan, a to duży komplement. 6 tom serii Czarnych Kamieni opowiada całkiem nową historię. Cofamy się do czasów rządów Dorothei. Mamy przed sobą jedyną królową która rządzi wg dawnych zasad. Poznajemy Jareda, który zostaje kupiony na targu niewolników i wraz z swoją nabywczynią, kilkorgiem dzieci-niewolników, upośledzonym i złamanym wojownikiem, złamaną czarną wdową i innymi, podąża do miejsca przeznaczenia. Dodatkowo po piętach depcze im armia wysłana przez zdeprawowaną kapłankę. Jest to historia przygodowa. Sporym plusem są bohaterowie, którzy zmieniają zdanie, myślą, szacują i kalkulują. Nie są tylko określonymi pionkami. Przyjemna opowieść, o przeznaczeniu i wyborach. Czy mnie coś urzekło? Nie wiem, ale czytało się przyjemnie, szybko i pozostało poczucie, że chciałabym poznać ich dalsze losy.

Po skończeniu 6 tomu, który mnie zaintrygował chwyciłam szybko za kolejny. Przymierze Ciemności opowiada dużo późniejsze losy Dena Nehele. Zniszczona kraina, spustoszona na początku przez złe królowe, a później przez wewnętrzne walki z plebejuszami. Garstka Książąt gotowych zrobić wszystko by zyskać nową, silną Królową, rządzącą wg Protokołu, a na ich czele potomek Jareda i Lii- Theran Szary. W to wszystko wplątana Cassidy-Królowa z różowym kamieniem, słabą aparycją i raną w sercu. Obejmuje ona tron Dena Nehele i musi przeciwstawić się ogólnemu rozczarowaniu, ale nie jest sama... Ciekawa historia o wyborach, budowaniu królestwa od zera i prawdziwej sile. Cassidy polubiłam od razu. Taka szara myszka, która wie kiedy zamienić się w waleczną bestię i wie co jest najważniejsze. Na dokładkę mamy uroczą, zarozumiałą Vae, która jest krewniakiem i doskonale radzi sobie z niesfornymi mężczyznami. W tle przewija się legenda czyli coś co lubię najbardziej. Wszystko to tworzy harmonijną całość, która przyjemnie się czyta, ale to nie koniec historii...

Pani Shaladoru kontynuuje wątek Cassidy. Królowa musi zmierzyć się z kolejnym problemem - do Dena Nehele przybywa Kermilla-Królowa, która wcześniej odebrała Cassidy jej dwór. Wpada na chwilę i zostaje na dłużej korzystając z gościnności i skarbca  lekko oszołomionego Therana. W tej części mamy do czynienia z podziałem i zjednoczeniem, oddaniem i wiarą, ale też z wyborem między sercem, a rozumem. Jest bardzo dobrą kontynuacją poprzednich  dwóch części.
Całą historię Dena Nehele zawartą w tomach 6-8 oceniam bardzo dobrze. Poczułam się trochę jak w innej bajce. Gdyby gdzieś na krawędzi fabuły nie przemykała Jeanelle lub Deamon wzięłabym to za inną trylogię. Myślę, że ograniczenie erotyzmu dało tej opowieści wiele plusów i pozwoliło lepiej rozkoszować się akcją. Daję 7/10 :)

I pora na ostatni tom: Świt Zmierzchu. Jest to kolejnym zbiórem opowiadań będącym zwieńczeniem całej serii. Co możemy tu znaleźć? Otóż dużą dawkę ciepła, rodzinności i miłości. Pierwsze opowiadanie to typowe rodzinne perypetie gwiazdkowe. Drugie ma charakter  polityczny, przepychanki  i walka o władze. Trzecie mówi o ochronie i rodzinie, a ostatnie jest zapowiedzią nadchodzącej nadziei. Właśnie to ostatnie opowiadanie wywarło na mnie największe wrażenie. Tak przywiązałam się do Jaenelle, że zapomniałam jak szybko czas ucieka. Ona jako jedyna z rodziny SaDiablo należała do krótkożyjącej rasy. W opowiadaniu Córka Wielkiego Lorda stykamy się z wydarzeniami rok po jej śmierci. Wszystko gaśnie, Deamon nie może pogodzić się z pustką, Seatan decyduje się  na odejście, a reszta rodziny jest zagubiona. Razem z nimi snułam się po pałacu i nie mogłam uwierzyć, że to wszystko kończy się tak prozaicznie. No cóż... taka kolej rzeczy... ale Jaenelle nie zostawiła nas bez nadziei...

Pora ocenić całą serię. Cóż mam do dodania, nie jest to może bestseller, ale raczej urzekająca humorem i emocjami saga, do której wraca się od czasu do czasu z dużą przyjemnością. Jeśli nie oczekuje się szczytów tylko spokojny spacer w dolinach to zapraszam serdecznie bo ja chętnie wrócę do niej kolejny raz... :)

Pozdrawiam.
ZaBOOKowana ;)


niedziela, 3 kwietnia 2016

Ruda Sfora- M.L.Kossakowska






Ruda Sfora była bardzo przemyślanym prezentem dla brata, mającym na celu pchnięcie go w inny nurt fantastyki. Na początku zapatrzony i zakochany w A. Sapkowskim, dzięki mojej drobnej manipulacji  pomalutku rozwija skrzydła, poznając wiele innych zakamarków fantastyki. Dzięki tym moim małym knowaniom mam też dostęp do kolejnych książek, więc oboje  mamy z tego spore korzyści ;).

Tak też w moje ręce wpadła Ruda Sfora. A dokładnie w maju zeszłego roku. Była to moja pierwsza książka Mai Lidii Kossakowskiej, ale mam nadzieję że nie ostatnia. Pamiętam jak z tynkiem we włosach, brudna od gipsu i tapety, siedząc na pustym wiadrze po farbie, na balkonie, w jednej ręce trzymam książkę, a w drugiej kanapki. Słonko grzało ostro, kawa parowała na parapecie, a przerwy mijały tak szybko i trzeba było znów wracać do totalnej demolki. To miało swoisty urok, nie powiem, że nie... :)

 Ale do sedna! Hmm... zastanawiam się jak ocenić tę książkę. Z początku wydawała się niezrozumiała, trochę powolna fabuła nużyła mnie. Jednak było w niej coś co uwielbiam, a dokładnie legendy. Mitologia plemion syberyjskich, Jakutów, była dla mnie czymś nowym. Książka uchyla mi zaledwie rąbek swojej tajemnicy, a  ja chciałam więcej...
Jednak... Wielki Modrzew z wieloma poziomami i niszcząca wszystko Ruda Sfora, jakby wrzucone do jednego wora, wstrząśnięte nie zmieszane. Do czasu. W  połowie książki coś drgnęło, wszystkie wątki zaczęły układać się w coś na kształt akcji. Po naradzie, gdy atmosfera zaczęła gęstnieć poczułam jak bohaterom grunt pali się pod nogami.  To właśnie wtedy książka stała się moim nieodłącznym atrybutem. Aż do ostatniej strony. Ruda Sfora nabrała impetu i finiszowała w pięknym stylu. Tak jak lubię. A nieoczywista puenta wymagająca od czytelnika wysilenia kilku szarych komórek, nie zawiodła mnie w żadnym calu, a zakończenie  dużo bardziej nieprawdopodobne niż oczekiwałam .

Podsumujmy. Ruda Sfora nie jest dla czytelników chcących wrażeń od pierwszej do ostatniej strony. Uważam, że to kawał dobrej literatury dla czytelnika cierpliwego, który rozsmakuje się w znakomicie przyprawionym, dobrze upieczonym kawałku świetnej fantastyki, dopieszczonym w każdym calu zgrabną kobiecą dłonią. Mimo długiego i mozolnego rozbiegu warta przeczytania bo finisz w żadnym razie nie jest oczywisty. Myślę, że następnym razem  sięgnę po kolejne książki Kossakowskiej.

Polecam :) ZaBOOKowana